Dzień wolny przy urnie… czyli o wyborach post pierwszy

W tym roku, nie tylko Polska żyje wyborami. Polaków i Polki czekają zarówno wybory parlamentarne jak i prezydenckie. Izrael na swoje wybory jest już właściwie przygotowany, kampania jest już na finiszu – wybory parlamentarne odbędą się tutaj dosłownie za kilka dni – 17 marca. Co ciekawe, jest to wtorek, środek tygodnia, co u nas wydaje się być niewyobrażalne – wszak my chodzimy na wybory po niedzielnej mszy, znaczy się w dzień wolny. Żeby było jednak fair, to tutaj dzień wyborów też jest dniem wolnym od pracy, jest świętem (mam tylko nadzieję, że nie aż takim jak szabat i będzie jednak gdzie zjeść na mieście).

Jak to wygląda od strony technicznej? 

Izrael to demokratyczna republika parlamentarna. Najważniejszą osobą w państwie jest premier, który stoi na czele jednoizbowego parlamentu – Knessetu (hebr. הכנסת, HaKnesset, zebranie, zgromadzenie). W rządzie znajduje się miejsce dla 120 parlamentarzystów, i to właśnie ich za niecały tydzień będą wybierać Izraelczycy. W przeciwieństwie do wyborów na Wiejską, tutaj nie wybiera się spośród pierdyliona nazwisk z list partyjnych. Przynajmniej nie bezpośrednio. Głosuje się na określoną partię, a nie na konkretną osobę. Głosy są przeliczane proporcjonalnie na ilość miejsc w parlamencie, którą zdobywa dana partia lub grupa partii, ważne jest żeby tylko przebić się przez niespecjalnie wysoki próg wyborczy – 3,25%. „A w jaki sposób miejsca obsadzane są przez parlamentarzystów?” zapytacie. Otóż poszczególne partie (bądź sojusze) na najpóźniej 45 dni przed wyborami muszą zgłosić listy kandydatów. Do parlamentu wchodzi tyle osób z góry listy, ile miejsc dane ugrupowanie dostało. Jeśli dana partia dostała 10% głosów, czyli 12 miejsc, to wprowadza do Knessetu pierwsze 12 nazwisk z listy. Jeśli w trakcie trwania kadencji rządu, kandydat umrze, zastępuje go kolejna osoba z listy.

W związku z tym, że wybiera się partię, a nie człowieka, oraz że Izrael to jednak jest mały kraj, jest właściwie jeden okręg wyborczy – wszyscy stoją przed tym samym wyborem. Wszyscy powyżej 18 roku życia oczywiście. Wszyscy uprawnieni do głosowania otrzymują pocztą na adres zameldowania imienne „zaproszenie” do głosowania wraz z informacją o tym, w której z ponad 11 000 komisji obwodowych mają się zgłosić, żeby oddać swój głos. Ciekawe jak taka informacja przyczynia się do frekwencji, która w porównaniu do naszych wyborów jest wysoka – od początku tego tysiąclecia do urn przy każdych wyborach szło ponad 60% uprawnionych (w ostatnich wyborach w 2013 roku – 67,8%), a w latach ’90 powyżej 75%. Dla przypomnienia – frekwencja w wyborach parlamentarnych w Polsce w 2011 roku wyniosła zaledwie 49%.

Takie rozwiązanie ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony nie głosuje się na człowieka, który zna problemy lokalnej społeczności (choć to w sumie nie wybory samorządowe) i przedstawia konkretne obietnice. Z drugiej jednak strony… nie głosuje się na konkretnego człowieka, który głosi swoje obietnice, a potem musi je zweryfikować z programem na kadencję danej partii. Nie będę jednak wchodził głębiej w wady i zalety takiego rozwiązania. Przyznam jednak jedno – taka forma wyborów jest dużo bardziej estetyczna, przynajmniej tutaj. To, co zawsze wnerwiało mnie w trakcie kampanii w Polsce to wszechobecny reklamowy burdel (ok, do reklamowego burdelu w Polsce nie potrzeba wyborów) – na każdym słupie gęba na gębie, polityk na polityku, partia na partii; pal sześć billboardy czy reklamy w miejscach do tego przeznaczonych, ale te wszystkie sklejki z plakatami wiszące na każdym słupie i latarni. Masakra. Tutaj tego nie ma. W miastach są specjalnie tablice, na których można wieszać plakaty reklamowe i właściwie tyle.

Tablica ogłoszeniowa w Rehowocie

Jak widać na powyższym zdjęciu, plakaty wyborcze mogą zginąć wśród innych plakatów dotyczących koncertów, imprez czy premier kinowych. Należy się więc posiłkować innymi metodami promocji; tymi konwencjonalnymi, jak wspomniane wcześniej billboardy jak i mniej typowymi, na przykład…

Kierowca na pewno zagłosuje na Likud

Kierowca tego samochodu w Tel Awiwie na pewno zagłosuje na Likud

… dodam tylko, że z głośników rozbrzmiewała niespecjalnie chwytliwa piosenka zachwalająca partię obecnego premiera. Do tego dochodzą oczywiście wiece, wizyty i przemówienia oraz zwolennicy pojawiający się w różnych miejscach miasta i rozdający ulotki zachęcające do głosowania na ich partię. Czyli (nie licząc braku wszechobecnych plakatów) całkiem normalna kampania z (koszerną) wyborczą kiełbasą.

Swoją drogą, wspomniałem wcześniej, że ostatnie wybory parlamentarne odbyły się w 2013 roku, co nie oznacza, że parlament wybierany jest na 2-letnie kadencje, o nie! Kadencja rządu trwa teoretycznie 4 lata. Praktycznie różnie to bywa i z tego co sprawdziłem, to w ciągu ostatnich 20 lat nie było ani jednego rządu, który wytrwałby całą kadencję. Od  wyborów w 1996 roku (do XIV Knessetu) wybory odbyły się 6 razy. Te będą siódme – do XX Knessetu.

A jak to wygląda z merytorycznego punktu widzenia? Kto startuje? Wokół czego kręci się kampania? Jakie tematy są poruszane? Jakie partie oferują wyborcom partie?

O tym będzie w kolejnym poście… żeby Was w jednym nie zanudzić 🙂

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Dzień wolny przy urnie… czyli o wyborach post pierwszy

  1. Pingback: Polityczna telenowela, czyli wyborczy post drugi | Izrael od kuchni

  2. Pingback: Nie umarł król, niech żyje król!, czyli są wyniki | Izrael od kuchni

  3. Pingback: Tydzień „łamiących wiadomości” | Izrael od kuchni

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s