Niewiarygodne ale prawdziwe! – część 1

Dzisiejsza notka będzie inna niż pozostałe. Zamiast biblijnych cytatów, żydowskich tradycji, historii o pochodzeniu świąt religijnych. Nie będę pisał o przeszłości i tradycjach. Dzisiaj przeczytacie o teraźniejszości i o zwyczajach. O współczesnym Izraelu i o prawach jakimi się obecnie rządzi (ale nie o wyborach, o tym też nie będzie!).

A dokładniej będzie to subiektywna lista najbardziej zaskakujących, czy też najbardziej różniących się od polskiej rzeczywistości rzeczy, z którymi spotykam się właściwie codziennie.

Anię i Agatę miałem okazję poznać w trakcie kursów hebrajskiego w Warszawskim oddziale JCC. Tak się złożyło, że w mniej więcej tym samym czasie znaleźliśmy się w Izraelu na dłużej niż dwutygodniowe all-inclusive. Kilka dni temu rzuciłem dziewczynom temat „co Was najbardziej zaskoczyło w Izraelu w porównaniu do Polski?”. Każde z nas dorzuciło swoje trzy grosze; każde z nas zwracało uwagę na różne aspekty życia. Wiele razy, gdy jedno z nas o czymś wspominało, ktoś inny mówił „No faktycznie! Racja!”. Wspólnie udało nam się ukuć kilka kluczowych haseł, które teraz postaram się Wam przedstawić… Gotowi? 🙂

1. „Nie przepraszaj” i nie zwracaj uwagi na innych

Agata podzieliła się z nami jedną z lekcji, jaką otrzymała od swojej lektorki – „W Izraelu się nie przeprasza, lo slicha, lo ani mictaeret”. Nie chodzi tutaj o to, że Izraelczycy nie przepraszają gdy popełnią jakiś błąd czy coś takiego. Inaczej gdy na przykład chcą zwrócić na siebie Twoją uwagę. Choć dla mnie akurat ta uwaga od razu skojarzyła się z tym, co dzieje się na drodze. Uch, jazda po izraelskich drogach to dla mnie koszmar (dlatego staram się tego nie robić bez potrzeby). Kierunkowskazy? Dla ozdoby, bo po co z nich korzystać – żeby wskazać kierunek? E tam. Jak już się komuś zdarzy zasygnalizować światełkiem, że zmienia pas, to często taki kierowca zapomni, że kierunkowskaz musi wyłączyć. I tak będzie jechał dalej z włączonym migaczem. Chcesz się włączyć do ruchu? Nie czekasz aż cię ktoś puści, tylko za przeproszeniem „pchasz się na chama”. Nawet jak od razu chcesz wjechać na lewy pas (mając po drodze jeszcze prawy i środkowy). Trąbią? No i co z tego. Tutaj zawsze się trąbi, często bez powodu. Do tego jeszcze dodam to, że drogi (nawet szybkiego ruchu) często nie mają namalowanych pasów albo są one tak namalowane, że nagle z czterech robią się dwa i w godzinach szczytu trzeba się po prostu wpychać. No i co jak trąbią? Mam przeprosić? Wolne żarty…

2. Mundury, mundury, mundury i kontrole

Zastanawiam się w jakich sytuacjach w Polsce widziałem największe zgromadzenie umundurowanych służb. Przychodzą mi na myśl dwa wydarzenia – czerwcowe Parady Równości oraz listopadowe Rozróby Niepodległości. A tak na co dzień? Przez kilka miesięcy pod firmą straż miejska łapała przechodzących na czerwonym świetle. Była ich codziennie dwójka. A tutaj?

Nie jest chyba tajemnicą, że służba wojskowa w Izraelu jest obowiązkowa. Zarówno dla kobiet, które spędzają w kamaszach dwa lata, jak i dla mężczyzn, których służba wojskowa to trzy lata. Wymigać się nie jest łatwo, tak więc wojskowych jest na ulicy sporo. Poza tym, wiele osób z wojskiem wiąże się na dłużej, a to wcale nie zwalnia ich z noszenia munduru. Takim sposobem codziennie mija się na ulicach dosłownie dziesiątki umundurowanych. Kobiet, mężczyzn, dziewczyn, chłopców. W mniej lub bardziej sfatygowanych mundurach; dziewczyny czasami w stylowych sandałach i wyjściowym makijażu i mundurze, a chłopcy w szpanerskich okularach z Beats by Dre na uszach. Zatrzęsienie jest w czwartki i niedziele, gdy na weekend jadą na przepustkę do domów.

Wiele z tych osób spotyka się „w drodze”, ale jest też kolejny stały element „izraelskiego krajobrazu” – kontrole na wejściu do budynków publicznych – urzędów, muzeów, centrów handlowych, dworców itp. Wszystkich miejsce, gdzie gromadzi się dużo ludzi i istnieje potencjalne zagrożenie. Przyznam szczerze, że na początku jest to dość dziwne, ale bardzo szybko człowiek się przyzwyczaja do tego, że zanim kupi sobie bilet na pociąg, to musi wyłożyć na stół portfel, telefon, klucze, MP3, a torbę bądź plecak wrzucić na rentgen.

Podczas pierwszej wizyty w Polsce, Dan był bardzo zdziwiony, że nikt nas nie sprawdzał na wejściu do Złotych Tarasów czy na Dworcu Centralnym. „Przecież z łatwością mógłbym wysadzić się w tym miejscu!”

Ctrl + C Ctrl + V

A post shared by Matt (@matt_franckey) on

3. Nocno-weekendowe powroty do domu

Każdy, kto choć trochę czasu spędził w Warszawie, bardzo szybko przyzwyczaja się do wspaniałej organizacji nocnej komunikacji miejskiej. Mogłem być w środku imprezy, po wypiciu morza piwa i wódki, ale zawsze (chyba zawsze…) pamiętałem, że nocny z Centralnego jest zawsze piętnaście po i za piętnaście pełna godzina. Tylko się dotoczyć na czas i w przeciągu kilkunastu-kilkudziesięciu minut jest się w domu. Bosko!

A teraz sobie wyobraźcie, że jest się na imprezie w centrum Tel Awiwu, a mieszka się w którejś z miejscowości pod miastem, albo – jeszcze gorzej – w zupełnie innym mieście. Chcesz wrócić do domu i co.. i za przeproszeniem dupa. Instytucja nocnej komunikacji miejskiej NIE ISTNIEJE. Można od biedy, jak się impreza wcześnie skończy, złapać jakiegoś prywatnego busika – szeruta. Ale później – płać biedaku za taksówkę albo imprezuj do samego rana i wracaj pierwszym dziennym autobusem/pociągiem. Gorzej, gdy na imprezę idziesz w piątek – po pierwsze, musisz jechać wcześnie, bo około 18 zaczyna się szabat i komunikacja miejska przestaje działać, a po drugie – szabat trwa koło 24 godzin – dopiero w sobotę wieczorem komunikacja powraca na kilka godzin. O ile w piątkowy wieczór można się jeszcze załapać na jakiś szerut kierowany przez muzułmanina, to w sobotę już jest naprawdę słabo.

W ostatnich kilku latach na nowo rozpoczęła się dyskusja o tym, aby wprowadzić komunikację miejską przynajmniej w szabas. Co z tego wyjdzie… może zobaczymy już niedługo. Choć przy obecnym (zatwierdzonym w tym tygodnie rządzie) może być ciężko. Póki co, w niektórych miastach (Tel Awiw, Hertzeliya) można okresowo spotkać bardzo nieliczną komunikację nocną. Nadal jednak nie jest to wystarczające dla potrzeb mieszkańców. I nadal jest niczym w porównaniu do warszawskich N…

A post shared by Dan Zohary (@danzohary) on

4. Ekologiczny paradoks

(ten punkt dla mnie nadal jest zaskakujący, mimo że statystyki mówią co innego)

Gdy przez ostatnie kilka lat robiłem zakupy w Polsce, zawsze wybierałem się na nie z kilkoma płóciennymi torbami, żeby do minimum ograniczyć ilość foliowych torebek. Unia Europejska zaczęła wdrażać program ograniczenia zużycia plastikowych jednorazowych toreb do 2019 roku. Według danych unijnych, średnie europejskie zużycie jednorazowych toreb to niecałe 200 siatek na osobę rocznie. W Polsce ponad 450 podczas gdy w Danii czy Finlandii – kolejno 4 i 5 toreb rocznie na osobę. Z danych które znalazłem na temat Izraela wynika, że tutaj to zużycie wynosi między 250 a 300 toreb na osobę rocznie. Szczerze – nie tylko mnie taki wynik dziwi. Z Agatą zgodne stwierdziliśmy, że ilość plastikowych siatek tutaj jest po prostu zatrważająca! Pierwsze kilka wyjazdów do supermarketu na tygodniowe zakupy to powrót z kilkunastoma siatkami – mniejszymi z owocami i warzywami i większymi tymi mniejszymi innymi zakupami. Dla mnie to było coś niewiarygodnego ile plastikowych siatek się tutaj zużywa. W jeszcze większym szoku jestem widząc, że statystyki są niby na korzyść Izraela.

Co ciekawe, w 2014 w parlamencie przez pierwsze czytanie przeszła ustawa, która zakładała wprowadzenie odpłatnych plastikowych toreb. Ustawa miała wejść w życie w tym roku i zakładała, że cena jednorazowych siatek będzie wynosiła 0,30 NIS (~0,35 PLN) w latach 2015-2016, 20 NIS do 2018 i 0,10 NIS od 2019 roku. Do tego, w ciągu pierwszego roku, każdy obywatel miał otrzymać kupony, które mógłby wymienić w wybranych sklepach na siatki wielokrotnego użytku. Piszę to w trybie przypuszczającym, gdyż ustawa nie weszła w życie. Po pierwszym czytaniu pracę nad ustawą zostały wstrzymane – nieoficjalnie mówi się, że powodem były prywatne animozje pomiędzy Ministrem Środowiska, który podał się do dymisji w listopadzie 2014, a partią rządzącą. Wielka strata dla środowiska.

Z drugiej jednak strony, żeby nie było aż tak ponuro – większość budynków wyposażona jest w panele słoneczne, z których korzysta się do ogrzewania wody. O ile zimą faktycznie trzeba włączać bojler, żeby mieć ciepłą wodę, to jak tylko pojawia się słońce można o tym zapomnieć – nawet późnym wieczorem woda jest ciepła i to za darmo. Rachunek za prąd za zimowe miesiące sprawił, że szczena mi trochę opadła z wrażenia.

5. „Telefony, telefony, który numer mam wykręcić…”

Gdy szukałem dla siebie siłowni w mieście, znalazłem kilka stron internetowych różnych siłowni. Tam gdzie znalazłem adres mailowy – wysyłałem wiadomość ze swoimi pytaniami. Jak nie było maila, a było tak dość często, to szukałem strony na Facebooku i wysyłałem wiadomość tą drogą. W zdecydowanej większości przypadku dostawałem bardzo podobną odpowiedź – „Podaj nam numer telefonu, oddzwonimy i przedstawimy ofertę albo umówimy się na spotkanie!”. Dziewczyny spotkały się z tym samym – chcesz coś załatwić, wysyłasz maila (o ile znajdziesz adres mailowy), a oni do Ciebie oddzwaniają – nieważne w jakiej sprawie.

Tutaj wszystko odbywa się właściwie ustnie – czy to twarzą w twarz, czy to przez telefon. Gdy pracowaliśmy nad legalizacją mojego pobytu, schemat był podobny – do urzędu trzeba było wysłać faks (tak, tutaj nadal korzysta się z faksów! – kolejna ciekawostka) albo skorzystać z formularza na stronie internetowej i dopiero wtedy ktoś z urzędu się kontaktował. Oczywiście telefonicznie. Nawet w ambasadzie to tak działało.

W ogóle ludzie tutaj są bardzo przywiązani do telefonów – rozmawiają dosłownie wszędzie i ciągle. Momentami jest to dość irytujące, na przykład gdy ktoś ci stanie na środku alejki w supermarkecie i zacznie pogawędkę ze znajomym, który akurat zadzwonił. Nie będzie się też specjalnie kwapił, żeby nie blokować alejki, bo po co – patrz punkt 1.

W ostateczności, jak nie można gadać przez telefon, to wtedy wysyła się wiadomość. Ale nie SMSa. Z SMSów nikt tutaj nie korzysta. WhatsApp to podstawa. Może to ja byłem jakoś zacofany technologicznie (w co szczerze wątpię nieskromnie mówiąc), ale w Polsce z WhatsApp’a w ogóle nie korzystałem. Dopiero tutaj uświadomiono mi jak ważna jest to aplikacja. Ostatnio ponoć jest nawet trend tworzenia grup na WhatsApp i zapraszania w ten sposób na własny ślub i wesele.


… i można by tak wymieniać i wymieniać, ale po co tak od razu wszystko w jednej notce? O czym będę pisał za tydzień czy za dwa? 🙂 Zwłaszcza, że dość długa ta notka wyszła.

Drodzy Czytelnicy, a może Wy macie jakieś swoje spostrzeżenia? Może Was coś zdziwiło w Izraelu, nawet podczas wakacyjnego wyjazdu? Piszcie w komentarzach na Facebooku – w kolejnych częściach zobaczymy czy mnie zdziwiło to samo 🙂

Reklamy

6 uwag do wpisu “Niewiarygodne ale prawdziwe! – część 1

  1. Ciekawe! Do kilku rzeczy powinieneś być jednak przyzwyczajony po Turcji 🙂 Kultura drogowa zdaje się być podobna, wojskowi co prawda nie chodzą po ulicach, ale mnie dziwiły wszędobylskie jednostki „żandarmerii”, a ekologią Turcy też się nie przejmują – kup byle batona to i tak Ci wcisną siatkę.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Pingback: Promocje i kredyty po izraelsku, czyli niewiarygodne ale prawdziwe część 2 | Izrael od kuchni

  3. Pingback: Izrael praktycznie | Izrael od kuchni

  4. Pingback: Co mnie zaskoczyło, co mnie zadziwiło – część 3 | Izrael od kuchni

  5. Pingback: Tymczasem w Izraelu – przegląd prasy | Izrael od kuchni

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s