Czy w XXI wieku Żyd ma pieniążek? Czy ma 5 szekli?

Chyba każdy choć raz w życiu natknął się na Żyda z pieniążkiem. Czy to na straganie z „pamiątkami”, czy to wiszącego u kogoś w domu albo „ozdabiającego” czyjś kubik w korpo. Stereotypowo przedstawiony stary Żyd, z pejsami, kipą, długą brodą no i z najważniejszym elementem stereotypowego wizerunku Żyda – z pieniędzmi, sakwą monet tudzież złotą monetą w dłoni. A najlepiej z jednym i drugim. Niektórzy wieszają go w sieni domu, wszak „Żyd w sieni, pieniądz w kieszeni”; inni Żyda wieszają do góry nogami, żeby pieniądze wypadły z jego sakwy i zasiliły domowy budżet.

Wszystko dlatego, że przez wieki ukształtował się stereotyp Żyda jako człowieka majętnego, doskonale obracającego się w świecie finansjery. Pytanie, czy ten stereotyp pasuje do współczesnych Izraelczyków? Czy Żydzi w Ziemi Obiecanej faktycznie trzymają w dłoni pieniążek? Postaram się odpowiedzieć na te pytania w tym poście. Będzie długo, trochę zdjęć i dużo liczb i kilka wykresów.

Żyd z pieniążkiem, autor nieznany

Żyd z pieniążkiem, autor nieznany

Wszystko zaczyna się od rewolucji

Cofnijmy się o 4 lata, do połowy lipca 2011 roku. Kilka tygodni po zakończeniu czerwcowej akcji bojkotującej wiodącego producenta nabiału, który drastycznie podniósł ceny produktów, 25 letnia wówczas Daphni Leef rozbija namiot na bulwarze Rotschilda. Daphni musiała wyprowadzić się z wynajmowanego przez 3 lata mieszkania, a próby znalezienia nowego lokum w rozsądnej cenie kończyły się porażką. Ceny wynajmu były horrendalne, a sama Daphni, aktywstka, video-artystka i edytorka, doszła do wniosku że nie byłoby jej stać na opłacanie czynszu i nawet skromne utrzymanie się. Postanowiła symbolicznie zaprotestować – założyła wydarzenie na Facebooku (bo czym byłby protest w XXI wieku bez Facebooka) i 14 lipca rozbiła namiot. Następnego dnia namiotów było około 50. W ciągu kolejnych kilku dni, protest oficjalnie poparło kilka organizacji młodzieżowych i studenckich, między innymi HaSzomer HaCair (Strażnik Młodości) czy Izraelski Związek Studentów. Każdego dnia przybywało namiotów zamieszkałych przez młodych ludzi niezadowolonych z polityki mieszkaniowej Izraela i próbujących stawić czoła wysokim kosztom życia. Niecałe dwa tygodnie od rozpoczęcia całej akcji, ulicami Tel Awiwu przeszła pierwsza z wielu, kilkudziesięciotysięczna manifestacja. A kolejnego dnia trochę mniejsza demonstracja przeszła przez Jerozolimę, gdzie też zaczęły się pojawiać namioty.

W ciągu kolejnych tygodni wzrastała nie tylko ilość namiotów rozstawionych na jednej z ważniejszych ulic Tel Awiwu, ale także ilość miast, w których rozbijane były podobne namiotowe miasteczka. Każda kolejna demonstracja, czy to w Tel Awiwie, w Jerozolimie, Hajfie czy Ber Szewie, przyciągała coraz większe tłumy. Kulminacją protestów był „Marsz Miliona” 3go września. Na ulice samego Tel Awiwu wyszło wtedy około 300 000 osób, a kolejne 150 000 demonstrowało w kilkunastu innych miastach kraju. To tak, jakby w całej Polsce na ulice wyszło ponad 2 miliony ludzi. Takie tłumy to tylko papież zbierał. I to tylko ten polski papież.

„Marsz miliona” na Kikar HaMedina w Tel Awiwie, 2 września 2011, zdjęcie: Activeskills

Protesty zbiegły się w czasie z obecnością w Izraelu francuskiego artysty JR, którego charakterystyczne zdjęcia twarzy zwykłych ludzi zaczęły pojawiać się na plakatach w Tel Awiwie i Jerozolimie. Projekt, który prowadzony jest w wielu miejscach świata nazywa się „Inside Out Project”. W Izraelu został przez ludzi okrzyknięty jako „Faces of the revolution” – twarze rewolucji.

(Na marginesie, polecam zapoznanie się z JR i jego twórczością, chociażby przez obejrzenie jego wystąpienia na konferencji TED albo jego filmu „Siła kobiet„, który można znaleźć na YouTube. Ostatnio w jeden z jego projektów zaangażowana była Anja Rubik.)

Kilka dni później, na wniosek decyzji urzędu miasta, miasteczko namiotowe zostało eksmitowane. Pomimo blisko dwumiesięcznej akcji i licznych obietnic, które padły z ust prominentnych polityków, postulaty ruchu określanego „Occupy Tel Aviv” (na wzór „Occupy Wall Street”, które zaczęło się kilka dni po zakończeniu izraelskich protestów) nadal były (i częściowo nadal są) aktualne. Chodziło o:

  • zmianę prawa podatkowego – niższe podatki pośrednie, wyższe bezpośrednie;
  • darmową edukację podstawową;
  • zaprzestanie prywatyzowania państwowych przedsiębiorstw;
  • zwiększenie nakładów na publiczne budownictwo mieszkalne i komunikacją publiczną.

Te dwa duże protesty z 2011 roku wskazują na nastroje społeczne, które obecne są do dzisiaj. Pokazują też, co najbardziej boli ludzi, zwłaszcza tych, na których wszelkie decyzje odbijają się najbardziej – klasę średnią. Żeby jednak nie ulegać populistycznym opiniom i nie polegać jedynie na głoszonych hasłach, w dalszej części będę się posiłkował tym, co lubię najbardziej – liczbami i statystykami. Dla ułatwienia będę tutejsze liczby przyrównywał do Polski. Od razu jednak uprzedzam, że nie będzie to stricte ekonomiczny tekst używający rozbudowanej metodologii i statystyk. Gdybym miał skupić się na całej gospodarce, podatkach, oszczędnościach, kosztach życia itp. to wyszedłby z tego dość długi (a na pewno dłużący się) tekst.


Liczby, które przedstawię poniżej pochodzą przede wszystkich z danych publikowanych przez Główny Urząd Statystyczny dostępnych na http://www.stat.gov.pl oraz The Central Bureau of Statistics dostępnych na http://www.cbs.gov.il. Inne źródła będą wyszczególnione. Jeśli chodzi o przelicznik szekli na złotówki, to można uznać że 1 NIS = 1 PLN (kurs walut NBP z ostatnich dni oscyluje w okolicy 0,99 PLN za 1 NIS).


To jak to jest z tym bogactwem?

Zanim jednak przejdę do wydawania pieniędzy, dobrze byłoby najpierw spojrzeć na to, co znajduje się w kieszeni na początku miesiąca i niejako odpowiedzieć na tytułowe pytanie – czy Izraelczyk ma pieniądze. A dokładniej ile ich dostaje.

Pierw tylko poglądowy rzut oka na rynek pracy, a dokładnie na wysokość bezrobocia w Polsce i w Izraelu. Okazuje się, że tutaj jest ono jednocyfrowe i oscyluje w okolicy 5-6%, podczas gdy w Polsce jest właściwie dwukrotnie wyższe. Stosunek osób aktywnych i biernych zawodowo w pierwszej dekadzie XXI wieku był porównywalny, ale ostatnie dane pokazują wyższą aktywność zawodową wśród Izraelczyków (w I kwartale 2015r. w Polsce było to 56:44, w Izraelu 64:36).

Bezrobocie

Kolejne dane mogą z początku wzmocnić stereotyp Żyda z pieniążkiem, zwłaszcza gdy przeliczymy sobie wszystko na złotówki. Tak – nominalnie zarabia się tutaj lepiej. Dużo lepiej. Blisko trzykrotnie lepiej. Z drugiej jednak strony, w ciągu 10 lat średnie wynagrodzenie wzrosło w Polsce o ponad 50%, podczas gdy w Izraelu o niecałe 30%. Ale to nadal są wartości nominalne. Niemniej można na ich podstawie powiedzieć, że to wieszanie Żyda do góry nogami nie przynosi do końca zamierzonego efektu.

Wynagrodzenie

Wielu jednak zauważy, i słusznie, że średnia to kijowa miara wynagrodzenia. Wystarczy grupa krezusów, żeby mocno zaburzyć-zawyżyć tę statystykę. Dużo lepsza była w takim wypadku mediana. Mediana ma jednak to do siebie, że jest dużo mniej wygodna dla rządzących, stąd też na próżno szukać jej w oficjalnych danych publikowanych przez urzędy statystyczne.

W danych za październik 2012 GUS umieścił jednak informację o medianie zarobków, która wynosiła wówczas 3 115zł i stanowiła 80% średniego wynagrodzenia (3 896zł). Dane dla Izraela, również za 2012 rok, można znaleźć w raporcie opublikowanym przez Knesset Research and Information Center (źródło). Według tegoż dokumentu, mediana zarobków w 2012 roku wynosiła 6 541 NIS przy średniej 9 149 NIS, czyli stanowiła ledwo 71% średniej płacy. Ten sam raport wskazuje również, że 68% Izraelczyków zarabiało mniej niż średnia krajowa. Dla Polski według GUS było to 66%. Można więc rzecz, że struktura wynagrodzeń, mimo różnic nominalnych, nie jest aż tak różna.

Na zawyżoną średnią duży wpływ mają najbogatsi; według najnowszego rankingu Forbes’a (źródło) w Izraelu żyje 17 dolarowych miliarderów (1 na 470 tys. obywateli), w Polsce, wliczając zmarłego w tym tygodniu Jana Kulczyka, 5 (1 na 7,600 tys. obywateli). Również i tych, którzy mają trzy zera mniej na koncie jest wielu. W 2011 roku, według raportu przygotowanego przez Merrill Lynch-Capgemini, w Izraelu żyło niewiele ponad 10 000 dolarowych milionerów (1 na 800 obywateli) (źródło). W Polsce w 2012 roku według raportu Credit Suisse Research Institute Global Wealth Report 2012 żyło 38 000 dolarowych milionerów (1 na 1000 obywateli) (źródło).

Pozostaje jednak pytanie… no i co z tego? Milionerami, ba – miliarderami, ale już nie dolarowymi są przecież i mieszkańcy Zimbabwe, gdzie inflacja liczona jest w miliardach procent, a waluta jest co chwilę denominowana (3 denominacje między 2006 a 2008 rokiem obcięły w sumie 25 zer). A właśnie, inflacja – podobne trendy i zbliżone wartości. Nic specjalnego.

Inflacja

4 kąty i 4 kółka

Przejdźmy jednak do bardziej konkretnych rzeczy. Jeden z postulatów podnoszonych podczas demonstracji w 2011 roku dotyczył poprawy sytuacji mieszkaniowej. Chodziło o zwiększenie nakładów na mieszkania budowane przez państwo, które z założenia powinny być tańsze w wynajmie, niż mieszkania w rękach prywatnych. Nie mówiąc już o kupnie mieszkania deweloperskiego. Wystarczy spojrzeć na plakaty deweloperów, którzy oferują 3 pokojowe mieszkania „JUŻ ZA” 1 200 000 NIS… Nigdzie jeszcze nie widziałem (ale ok, nie szukałem specjalnie, mówię o sporadycznym spojrzeniu na oferty prezentowane przez pośredników) oferty na zakup mieszkania za 6-cyfrową sumę. 7 cyfr to minimum.

W I kwartale bieżącego roku średnia cena mieszkania w Izraelu wynosiła 1 365 100 NIS. Gdy spojrzymy na Tel Awiw, to średnia się prawie podwaja do wysokości 2 357 000 NIS. Co ciekawe, jeszcze kilka lat temu (2009-2010) ceny mieszkań rosły rocznie w tempie dwucyfrowym (około 20% rocznie); w 2014 roku wzrost był zaledwie 8%. Według portalu domiporta.pl, w lipcu mieszkanie w Warszawie (niestety brak danych dla całego kraju) kosztowało średnio 510 860 PLN (źródło). Jeśli przyrównamy te dane do średniego wynagrodzenia, to okaże się, że wcale nie jest najgorzej w Polsce i inni mają gorzej. Zwłaszcza że mieszkania w Warszawie są najdroższe, można by więc porównać stolicę Polski bezpośrednio do Tel Awiwu.

4 - mieszkanie w pensjach

Okazuje się, że przeciętny Izraelczyk musi pracować na mieszkanie blisko półtora roku dłużej niż przeciętny Polak (co nie zmienia faktu, że nadal jest to ponad 10 lat, zakładając nierealnie, że całe wynagrodzenie przeznaczane jest na mieszkanie) . Gdyby jednak spojrzeć nie na cały kraj, a na najdroższe miasto (tak jak w odniesieniu do Polski), czyli Tel Awiwi, to różnica byłaby jeszcze większa. Nie uwzględniając oczywiście faktu, że średnie wynagrodzenie w Tel Awiwie również jest wyższe. Ponad 20 lat! Na korzyść Izraelczyków przemawia niższe oprocentowanie kredytów hipotecznych, które w marcu tego roku wynosiło średnio 2,12% podczas gdy w Polsce oscyluje ono w okolicach 3,5-4%. Nie zmienia to jednak faktu, że mieszkania są po prostu drogie. Dodam tylko, że powyższe dane dotyczą rynku pierwotnego, który z reguły ceni się niżej aniżeli rynek wtórny. Wielu uważa, że za wysokie ceny nieruchomości w Izraelu odpowiadają zagraniczni krezusi, którzy kupują mieszkania w świetnych lokalizacjach, korzystają z nich przez 1-2 miesiące w roku, a przez resztę czasu wynajmują. Według danych izraelskiego GUS okazuje się jednak, że udział zagranicznych kupców na rynku mieszkaniowym to zaledwie kilka procent, i to z tendencją spadkową od czasów kryzysu 2008-09 roku.

Poza czterema kątami, fajnie jest też mieć cztery kółka. Tutaj nie będę się specjalnie rozpisywał, czy też posiłkował masą statystyk. Powiem dość krótko… kilka tygodni temu w telewizji widziałem reklamę jakiegoś nowego modelu samochodu (już nawet nie pamiętam jakiego, nie przywiązuję uwagi do takich rzeczy – samochód ma być ładny). Z ciekawości sprawdziłem ile podobny samochód (rocznik i podstawowe wyposażenie) kosztuje w Polsce. Sprawdziłem i złapałem się za głowę. A potem znalazłem informację, że podatek od zakupu samochodu wynosi w Izraelu… 83% wartości samochodu. Plus VAT – 18% (źródło). Oznacza to, że podatki to właściwie połowa ostatecznej ceny samochodu i to one wpływają na tak kolosalną różnicę.

5 - samochody

(modele mam tylko dlatego, że miałem je zapisane w rozmowie ze znajomą)
Przy takich cenach nie dziwi mnie wcale, że jednym z przywilejów osób, które przeszły aliję jest obniżenie podatku do zapłaty przy kupnie nowego samochodu. Również w przypadku kupna mieszkania, nowo przybyli mogą liczyć na benefity. Ale to jest zdecydowanie temat na osobną notkę.

Do garnka też trzeba coś wrzucić

Mieszkanie czy samochód to dobra, których nie kupuje się co tydzień. Co tydzień kupuje się owoce, warzywa, nabiał, pieczywo… zwykłe rzeczy, które wrzuca się do koszyka w supermarkecie, dyskoncie czy osiedlowym sklepiku. I to właśnie przy takich zakupach przez pierwsze tygodnie najczęściej łapałem się za głowę. Zanim jednak przejdę do zestawienia polskiego i izraelskiego koszyka dóbr, krótka dygresja.

Gdy byłem w Izraelu pierwszy raz, w 2011 roku, wybraliśmy się na szybkie zakupy do lokalnego sklepu. Spojrzałem na ladę z wystawionymi wędlinami, zobaczyłem ceny i powiedziałem „Wow! W Polsce taka ładna szynka kosztuje z 60zł za kilogram! A tutaj?! 30-40 szekli! Ale tanio!”. W odpowiedzi usłyszałem bardzo krótkie zdanie, które szybko zmyło uśmiech z moich ust – „To cena za 100 gram”. Kurtyna.

Koszyk dóbr

Z danych dostępnych w GUS i CBS, wybrałem te produkty, których ceny raportowane są przez oba urzędy i zestawiłem je ze sobą. Wśród tych blisko 30 podstawowych produktów nie ma żadnego, który byłby tańszy w Izraelu, choć takowe faktycznie można trafić (na przykład przyprawy kupowane na wagę, ale ich udział w koszyku i tak byłby niewielki). Różnice w cenie niektórych produktów są niewielkie, ale większość jest 2-, 3- a nawet 4-krotnie droższa. To właśnie cotygodniowe zakupy szybko odzwyczaiły mnie od porównywania cen pomiędzy Polską a Izraelem. Wystarczyło mi, że za zakupy, za które w Polsce płaciliśmy 150-200zł (jak zaszaleliśmy), tutaj płacimy minimum 300-350 NIS. I to gdy kupujemy najpotrzebniejsze rzeczy.

Jeśli chodzi o konkretne kategorie produktów, to czerwone mięso jest na przykład bardzo drogie, co wiąże się częściowo z koniecznością przestrzegania zasad szlechity i koszeru. Drogi jest również nabiał, choć jego ceny i tak zostały obniżone w wyniku bojkotu konsumenckiego z 2011 roku. Nie wspominając o alkoholu – pół litra piwa z dużego międzynarodowego koncernu w sklepie to wydatek około 12-15 NIS. Czyli tyle ile w Polsce płaci się w barze. Piwa rzemieślnicze (które też dużo trudniej znaleźć) to wydatek nawet i 20-kilku szekli (choć i na to również można znaleźć promocje). Mocniejsze trunki mogą przyprawić o zawrót głowy samą ceną – wczoraj na zakupach widziałem w promocji Finlandię 0,7l za jedyne 80 NIS. I to są ceny sklepowe; restauracyjne czy barowe są jeszcze wyższe. W telawiwskich barach (i to nie tych turystycznych-plażowych) za pół litra przeciętnego lanego piwa trzeba zapłacić w okolicach 30 NIS. Hipsterskie wymysły jak piwo ciemne, pszeniczne czy niepasteryzowane są odpowiednio droższe.

Ile można kupić za 5 szekli?

… To właśnie ceny barowe i kawiarniane w spółkę z protestami, o których pisałem na początku, doprowadziły do małej rewolucji na rynku. Rewolucji, na której czele stoi Avner „Avi” Katz – założyciel sieci kawiarni Cofix. Od 2013 roku, w Izraelu otworzono blisko 100 kawiarni pod charakterystycznym biało-czarnym szyldem. Do 2020 roku, firma planuje otworzenie kolejnych 300 punktów. Niektóre z lokalizacji są nie tylko kawiarnią, ale również i barem. W czerwcu tego roku, w Tel Awiwie otworzono również minimarket spod znaku Cofix – Super Cofix. Poza tym, w błyskawicznym tempie zaczęły wyrastać kawiarnie-kopie (największa konkurencyjna sieć to Cofiz) o podobnym modelu biznesowym.

No właśnie… a jaki to model biznesowy wpłynął na sukces tej kawiarni i doskonale wpasował się w nastroje społeczne? Bardzo prosty – wszystko za 5 NIS. Kawiarnie poza napojami (kawy, herbaty, zimne napoje, lemoniady, soki wyciskane) mają w ofercie również małe przekąski – kanapki, ciastka, słone wypieki, a w niektórych miejscach również mini-lunche jak zupy czy makarony. Wszystko za 5 NIS. Oczywiście dla zoptymalizowania kosztów porcje są mniejsze niż w innych kawiarnianych sieciówkach (jak np Aroma Espresso Bar, izraelski odpowiednik Coffee Heaven Costa Coffee). Nie zmienia to jednak faktu, że stosunek jakości i wielkości porcji do ceny jest nadal na korzyść Cofixa. Za latte w Cofixie zapłacisz 5 NIS, niezależnie od lokalizacji, a w Aromie za małe latte co najmniej 10-12 NIS. Cofix Bar wyznaje podobną filozofię, tyle tylko że w ofercie ma piwo i mocniejsze trunki.

Cofix nie raz mnie ratował.

Cofix nie raz mnie ratował.

Najmłodszym, i póki co najmniej licznym, projektem jest Super Cofix, czyli mini market, który oferuje wszystko za 5 NIS. Jeżeli dany produkt normalnie jest tańszy niż 5 szekli, to będzie on sprzedawany albo w powiększonym opakowaniu albo w multipaku, który będzie odpowiadał narzuconej cenie. Dodatkowo, sklep oferuje ograniczony asortyment – wprowadza do oferty tylko po jednym rodzaju danego towaru. Jeżeli producent X zgodzi się wyprodukować większe opakowanie jogurtu, które będzie sprzedawane za 5 NIS, to ma też pewność, że producent Y nie będzie już miał możliwości wprowadzenia swojego jogurtu naturalnego. Coś za coś. Współpraca z producentami przywodzi mi na myśl Biedronkę, która wymusza unikalne gramatury produktów. Póki co, Super Cofix nie ma jednak aż takiej siły przebicia – sklep jest tylko jeden, ale za to cieszy się ogromnym powodzeniem. W planach jest otwarcie kolejnych kilku lokalizacji jeszcze w tym roku i dalsza ekspansja w kolejnych latach, aż do osiągnięcia 3% udziału w rynku (i więcej).

Pojawienie się Cofixa trochę zamieszało rynkiem, bo okazało się że takie podejście do biznesu po prostu przyciąga klientów – jeszcze nie widziałem pustego Cofixa, w którym obsługa by się nudziła. Kawiarnie spod tego szyldu ulokowane w okolicy dużych imprez przeżywają zazwyczaj oblężenie, podczas gdy sąsiadujące lokale odwiedza dużo mniej osób. Z obserwacji widzę, że Cofix wymusza też zmiany u konkurencji – okoliczne kioski czy małe sklepiki, które mają w ofercie kawę czy wyciskany sok coraz częściej obniżają ceny, aby co najmniej zrównać się z cennikiem Cofixa. Najwięcej zyskuje na tym konsument… pytanie tylko ile traci sprzedawca.

Epilog protestów

Po rozebraniu miasteczka namiotowego w 2011 roku, protestujący postanowili wrócić w 2012 roku. Urząd miasta zareagował dużo wcześniej i ostrzegł, że tym razem takie działanie nie będzie tolerowane. Skończyło się na zamieszkach z policją, aresztowaniach kilkudziesięciu protestujących i na złamanej ręce Daphni Laef. Ostatecznie kilka namiotów pojawiło się w innym miejscu w Tel Awiwie i utrzymują się tam do dnia dzisiejszego. Liderzy protestów próbowali przekuć sukces demonstracji na sukces polityczny. Bez skutku.

Reklamy

12 uwag do wpisu “Czy w XXI wieku Żyd ma pieniążek? Czy ma 5 szekli?

  1. Tak propos tematu i samego stereotypu bogatych i „chciwych” Żydów w przedwojennej Polsce – pamiętam, jak moja śp. Babcia (pochodząca z okolic Lwowa) opowiadała mi, że mimo czasami negatywnych opinii o Żydowskich handlarzach tylko z takimi chciano handlować w mojej rodzinie. Dlaczego? Bo zawsze cechowali się uczciwością bezpośrednią – tzn. sprzedawane produkty zawsze były najwyższej jakości (nigdy nie trafiały się produkty spożywcze zepsute lub przeterminowane) – co do cen to było już różnie. Zawsze trzeba było się targować – bo rezolutny handlarz zaczynał od 130% wartości produktu jako cenę. Sama transakcja przebiegała w miłej atmosferze. Stały klient zawsze mógł liczyć na upust i „promocje”. Dlatego zawsze poważano takich handlarzy bardziej niż ukraińskich lub polskich cwaniaków. A stereotypy miały źródło u osób zazdrosnych o czyjś sukces – jak jest nadal głęboko zakorzenione w polskiej mentalności naszego społeczeństwa.

    Polubione przez 1 osoba

    • No właśnie, coś w tym jest. Również spotkałem się z podobnymi historiami, które w moim odczuciu tylko potwierdzają, że wiele negatywnych stereotypów wywodzi się z czystej zazdrości (albo i zawiści). Żydowski handlarz nie narzekał na biznes, zarabiał 10zł bo sprzedawał 1000 sztuk z zyskiem 1 grosza, a goj chciał mieć taki sam zysk ale sprzedając 10 sztuk i zarabiać 1zł na sztuce. A klient kupował gdzie taniej… i czyja była to wina, że gojowi biznes się nie kręcił – Żyda.
      Stereotypy to w ogóle dość ciekawy temat, ale nie wiem czy podejmę się go w przyszłości na blogu, nie wiem czy sprostam.
      Pozdrawiam!

      Polubienie

    • Gdyby to było takie proste. Czasy gdy ludzie było „zazdrośni” o handel żydów to czasy wielkiego kryzysu ekonomicznego. 70% polakow żyło na wsiach gdzie coraz trudniej było się utrzymać. Miliony chciały wyjechać do miast by móc żyć, ale okazywało się to dla nich nierealne bo nie mieli doświadczenia i kasy jak Żydzi. Ludzie walczyli o byt. Żydzi to dawne nieszczanstwo, polski chłop to dawny niewolnik, bydło.

      Polubienie

  2. Pingback: Ortodoksyjny problem | Izrael od kuchni

  3. Pingback: Cnotliwa dobroczynność | Izrael od kuchni

  4. Pingback: Yom Kippur. Dzień Przebaczenia. | Izrael od kuchni

  5. Pingback: Yom Kippur. Dzień Pojednania. | Izrael od kuchni

  6. Pingback: Tel Awiw raz! Artystycznie i architektonicznie. | Izrael od kuchni

  7. Pingback: 5 lat, 3 miesiące, 23 dni niewoli. I Homeland. | Izrael od kuchni

  8. Pingback: Izrael praktycznie | Izrael od kuchni

  9. Pingback: Dalej na południe się już nie da | Izrael od kuchni

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s