Filmowo o życiu, śmierci i rozwodzie

Dzisiejsza notka będzie z trochę innej bajki. Już sam tytuł zdradza, że będzie o wielu różnych rzeczach, o które w kinematografii nie trudno. W tym jednak wypadku, wspólnym mianownikiem wszystkich trzech pojęć – życia, śmierci i rozwodu – jest jedno nazwisko Elkabatz. Ronit i Shlomi Elkabatz.

Ronit Elkabatz w "Gett: Viviane chce się rozwieść"

Ronit Elkabatz w „Gett: Viviane chce się rozwieść”, reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2014

Za filmy o których przeczytacie w poniższej notce odpowiada rodzeństwo Elkabatz. Ich obecność w przemyśle filmowym jest jednak nierówna; mówiąc „Elkabatz” ma się na myśli ją, Ronit. Urodzona w 1964 roku, na ekranie pojawiła się dopiero w 1990 roku. Brak jakiegokolwiek wykształcenia aktorskiego jej nie przeszkadzał i już w 1994 roku otrzymała Nagrodę Izraelskiej Akademii Filmowej, Ophira (izraelskiego Oscara). Pierwszego z trzech w ciągu ponad dwóch dekad kariery. Ta prestiżowa statuetka nie przeszkodziła jej też w byciu kelnerką we francuskich knajpach podczas pobierania nauk w paryskim Théâtre du Soleil w 1997 roku. W 2001 roku otrzymała kolejnego Ophira za rolę w „Ślub mimo woli„. Trzecią statuetkę otrzymała za rolę w, znanym również w Polsce, filmie „Przyjeżdża orkiestra” z 2007 roku. W ciągu ostatnich dwudziestu lat występowała nie tylko w filmach izraelskich, ale także w produkcjach francuskich oraz na deskach izraelskich scen teatralnych. Jej dorobek artystyczny sprawił, że w tym roku była Przewodniczącą Jury Międzynarodowego Tygodnia Krytyki podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes.

W 2004 roku napisała i wraz z bratem wyreżyserowała pierwszy film z biograficznej trylogii, którą zakończyła dopiero po dziesięciu latach. W trakcie trzech filmów, poznajemy Viviane Amsalen, marokańsko-francuską Żydówkę, w trzech ważnych momentach jej życia. Postać Viviane, grana przez Ronit, wzorowana jest na jej i Shlomiego matce, która podobnie do bohaterki filmu zmagała się z mężem, który nalegał na mówienie w domu po hebrajsku, podczas gdy ona mówiła po francusku i arabsku.

Wyreżyserowane przez Elkabatzów filmy wpisały się w kanon współczesnego kina izraelskiego. Ostatnia część trylogii, ze względu na  tematykę rozwodu w Izraelu odbiła się szerokim echem nie tylko w kraju ale także na całym świecie. Została również włączona do programu Festiwalu Filmowego w Cannes w 2014 roku (a także do Złotych Globów czy wspomnianych wcześniej Ofirów, które z resztą wygrała w kategorii „najlepszy film”).  Sam usłyszałem o rodzeństwie Elkabatz właśnie przy okazji ich ostatniego filmu – podczas promocji filmu „Gett: Viviane chce się rozwieść” trafiłem na tekst w Gazecie Wyborczej, który bardzo mnie zaciekawił. Niedługo potem dowiedziałem się, że przed obejrzeniem „Gett” dobrze byłoby zobaczyć dwie pierwsze części. No i w końcu udało się – trzy sierpniowe wieczory spędziliśmy oglądając trzy filmy, o których teraz przeczytacie.

Życie

Wziąć sobie żonę„, pierwsza część trylogii, wbrew tytułowi wcale nie opowiada o poszukiwaniu żony i ślubie (jeśli chcecie poczytać o żydowskich weselach, odsyłam do poprzedniej notki). Wiedząc o czym jest „Gett”, pierwszą scenę „Wziąć sobie żonę” można uznać już za zapowiedź nieuniknionego rozwodu. Otóż poznajemy główną bohaterkę, Viviane, która po kolejnej awanturze ze swoim mężem, Eliyahu (Simon Abkarian)  komunikuje, że chce się rozwieźć, że tego nie wytrzyma, że ma dość. Wokół niej zgromadzili się chyba wszyscy męscy członkowie rodziny, żeby ją przekonać, że przecież Eliyahu nie jest zły. Nie pije, nie bije, jest religijny, kochany i w ogóle och i ach, a ona powinna być wdzięczna i się cieszyć. Cóż, Viviane nie jest szczęśliwa.

Viviane w otoczeniu mężczyzn; "Wziąć sobie żonę", reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2004

Viviane w otoczeniu mężczyzn; „Wziąć sobie żonę”, reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2004

Ona, marokańsko-francuska Żydówka, temperamentna; jej wybuchy złości i histeryczne monologi z jednej strony wydają się przerysowane (choć ponoć tacy są Żydzi z Maroka) z drugiej jednak widz jest w stanie je zrozumieć i usprawiedliwić zachowaniem męża. Viviane opiekuje się trójką dzieci i oferuje swoje usługi fryzjerskie sąsiadkom korzystając z małego pseudo-salonu w kuchni. Chciałaby mieć samochód; chciałaby pojechać na weekend ze znajomymi na wycieczkę za miasto; chciałaby, aby dzieci nie były skrępowane religijnymi praktykami. Wszystkiemu sprzeciwia się on.

Eliyahu, mąż Viviane pracujący na poczcie. Wiecznie spokojny, bardzo religijny. Typ człowieka, którego ma się ochotę zabić, albo chociaż porządnie z nim pokłócić, ale nie da rady – on będzie w ciszy spoglądał, czekał aż wyrzucisz z siebie całą złość, a następnie wyjdzie z pokoju. On, w imię religii skaże własne dziecko na ból brzucha, który ukoiłoby ciepłe mleko. Ale nie, przecież dopiero był obiad, a na obiad było mięso. Przecież religia zabrania mieszania produktów mięsnych i nabiału (o zasadach koszerności pisałem tutaj). On nie pozwoli na weekendowy wyjazd za miasto, bo przecież weekend to szabat, a w szabat nie można ani jeździć samochodem ani wykonywać jakichkolwiek prac (świetna scena, gdy w jednej z szabasowych kłótni Viviane nie wytrzymuje i na złość mężowi odpala zapałki). Przecież w szabat on musi być w synagodze, gdzie dostąpił „zaszczytu” czytania Tory. W synagodze powinien mu też towarzyszyć najstarszy syn, który w ramach młodzieńczego buntu nie chce. To oczywiście nie wina nastolatka, tylko matki choleryczki, która zmusza dzieci do oglądania kłótni i próbuje je ustawić przeciwko ojcu.

"Wziąć sobie żonę", reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2004

„Wziąć sobie żonę”, reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2004

To że Viviane taki układ się nie podoba widać od samego początku. Nie tak wyobrażała sobie życie małżeńskie, nie tego spodziewała się po swoim mężu, który z czasem stawał się coraz bardziej religijny. My, widzowie, widzimy Viviane, która od samego rana zmaga się z okiełznaniem trójki dzieci, z których najmłodsze i najstarsze są w takim wieku, że jest po prostu ciężko. Widzimy Viviane, która po wysłaniu dzieci do szkoły zabiera się za sprzątanie mieszkania i przyjmowanie klientek w swoim prowizorycznym zakładzie w mieszkaniu. A potem w przerwie w pracy do domu wraca Eliyahu i ma pretensję do żony, że obiad niegotowy, że co ona sobie wyobraża, jak ona o niego dba. Przy pierwszej takiej scenie sam miałem ochotę wygarnąć wszystko Eliyahu i całkowicie utożsamiałem się z Viviane i jej życzeniem rozwodu.

Sprawę dodatkowo komplikuje pojawienie się Alberta (Gilbert Melki), dawnej miłości Viviane. A jak mówi powiedzenie – stara miłość nie rdzewieje. I tak też jest w tym przypadku – Viviane ulega i spotyka się w tajemnicy ze swoim dawnym kochankiem. I coraz bardziej chce zmiany, bo uświadamia sobie, że u boku innego może być inaczej, lepiej.

"Wziąć sobie żonę", reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2004

„Wziąć sobie żonę”, reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2004

Choć film w większości pokazuje sceny z codziennego życia rodziny jakich pewnie wiele w Izraelu, to jednak jest w tym coś ekscytującego i interesującego. Przede wszystkim widza hipnotyzuje sama postać Viviane, którą Ronit Elkabatz gra fenomenalnie. Jej histeryczne wybuchy złości wydają się przerysowane, ale cały czas pozostają w granicach dramatu, nie wpadają w komizm. Widz ją rozumie, może się z nią utożsamić i przede wszystkim usprawiedliwić jej wybuchy. Na to ostatnie wpływ mają te wszystkie drobiazgi wspólnego życia z religijnym Żydem. „Wziąć sobie żonę” daje widzowi również pojęcie o roli kobiety w związku. Spójrzcie chociaż na pierwszą scenę – Viviane ma problem, ale mężczyźni próbują go jej wyperswadować, uświadomić jej że Eliyahu to dobry człowiek, którego wystarczy tylko udobruchać postępując tak jak on oczekuje. Zdanie kobiety, czy to Viviane czy jej sąsiadek, się nie liczy. Po obejrzeniu wszystkich trzech filmów, mogę powiedzieć że to jedynie zapowiedź tego, co czeka Viviane w ostatniej części. Nim jednak dojdzie do konfrontacji Viviane i Eliyahu na sali sądowej, ich drogi skrzyżują się jeszcze raz…

Śmierć

Shiva” czyli siedem dni to czas żałoby po śmierci kogoś bliskiego. To tydzień następujący po utracie kogoś bliskiego, który rządzi się własnymi prawami. Czas, który cała rodzina, przyjaciele i znajomi poświęcają przede wszystkim pamięci zmarłego.

Ceremonia pogrzebowa w trakcie syren alarmowych, "Shiva", reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2008

Ceremonia pogrzebowa w trakcie syren alarmowych, „Shiva”, reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2008

To właśnie na tych siedmiu dniach po pochowaniu brata Viviane koncentruje się druga część trylogii. Dowiadujemy się, że w ciągu kilku lat, które dzielą wydarzenia z „Wziąć sobie żonę” i „Shiva” , Viviane zdążyła wyprowadzić się od znienawidzonego przez siebie męża i ułożyć sobie życie bez niego. Nie przeszkadza mu to jednak w pojawieniu się w domu zmarłego i próbowania nawiązania kontaktu ze swoją, jakby nie patrzeć nadal żoną.

Jest to o tyle trudne, gdyż po pierwsze Viviane nie ma ochoty rozmawiać z Eliyahu, a po drugie jest zbyt zaangażowana w konflikt ze swoją siostrą. Nie jest to jednak główna oś fabuły tej części. W ogóle można odnieść wrażenie, że to nie jest film o Viviane; nie ma tu miejsca na jej histerie, na jej wręcz teatralne ataki szału; ona jest tylko jedną z wielu bohaterek. Śmierć brata przyciągnęła do domu liczną rodzinę, która nie czekając na wystygnięcie ciała zaczyna kłócić się o dalszy los fabryki, którą zmarły brat posiadał. Każda scena to z jednej strony prawie że samodzielna historia z własnymi bohaterami, a z drugiej element większej układanki. Każda scena to także możliwość zabłyśnięcia wielu znanych i cenionych izraelskich aktorów i aktorek. W kolejnych scenach występują między innymi Hana Lasslo, Moshe Ivgy, Keren Mor, Hana Azoulay-Hasfari czy Yael Abecassis (Talia z HaTufim, pierwowzoru Homeland).

Sposób w jaki „Shiva” został nakręcony skojarzył mi się z filmami Wesa Andersona, w których każdy znany aktor ma swoje 5 minut (a czasami tylko 5 sekund), ma swoją scenę, która jest elementem większej całości. Natomiast pod względem fabularnym, skojarzyła mi się z rodzimym „Weselem” Wojtka Smarzowskiego – duże wydarzenie (w „Weselu” wiadomo – wesele, a w „Shiva” śmierć brata i okres żałoby) gromadzi rodzinę, wyciska z niej to co najgorsze, wywleka na wierzch rodzinne sekrety i skrywane przez lata urazy. Z każdą kolejną minutą filmu, z twarzy bohaterów spadają maski ukazując ich prawdziwe oblicze.

Posiłek w trakcie siedmiu dni żałoby, "Shiva", reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2008

Posiłek w trakcie siedmiu dni żałoby, „Shiva”, reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2008

„Shiva” daje widzowi okazję poznać żydowskie zwyczaje dotyczących śmierci. Wiele z nich sygnalizuje nie kto inny jak Eliyahu, który wytyka popełniane błędy. A to lustra nie są zasłonięte (a powinny); a to zdjęcia zmarłego wciąż wiszą na ścianach (a powinny być zdjęte); a to na obiad podawane jest mięso (a nie powinno być mięsa, choć w tym wypadku można zrozumieć, że ten zwyczaj nie jest popularny wśród marokańskich Żydów); a to ktoś odłączył się od rodzinnej grupy i siedzi w innym pokoju (a przecież wszyscy powinni być razem). Nie wspominając już o tym, że w trakcie tytułowej shivy nie można się myć czy przebierać. Nie chcę sobie nawet wyobrażać jak musi pachnieć taki dom, w którym na tydzień zbiera się kilkanaście osób…

Żeby tego było mało, akcja filmu dzieje się w trakcie wojny w Zatoce Perskiej, co pozwala zaobserwować życie codzienne w świetle konfliktu. Podobnie jak w „Wziąć sobie żonę”, warto zwrócić uwagę już na pierwszą scenę na cmentarzu. Niby rodzina opłakująca zmarłego, ale uwagę zwracają niewielkie pudełko, które każdy ma przewieszone przez ramię. Gdy rozlega się syrena alarmowa, okazuje się że pudełko skrywa maski przeciwgazowe, które wszyscy natychmiast nakładają i… kontynuują modlitwy i lamentowanie. Również w scenach domowych możemy zobaczyć, co takiego przeżywały izraelskie rodziny – w każdym domu musiał być „bezpieczny” pokój, w którym okna uszczelnione były folią i taśmą izolacyjną, i w którym w razie ataku musieli się skryć wszyscy domownicy.

„Shiva” to także uczta dla oka. Choć zdecydowana większość scen dzieje się w czterech ścianach domu, każdy wręcz kadr wydaje się dopracowany. Często można też odnieść wrażenie, że nie ogląda się filmu a sztukę teatralną; co chwilę z grupy aktorów wychodzi kilka postaci odgrywających daną scenę, podczas gdy pozostali wciąż są w zasięgu wzroku, są tłem. Wydaje się że, w każdym kadrze wszystko jest ważne, a wiele rzeczy jest dodatkowo podkreślonych przez kompozycję – oświetlenie postaci; podkreślenie dystansu pomiędzy bohaterami przez podzielenie tła, na którym stoją; dodatkowe odseparowanie od grupy bohatera przeciwko któremu sprzymierzają się pozostali. Wiele z tych zabiegów kojarzyło mi się z jednym z lepszych (fabularnie i przede wszystkim wizualnie) seriali telewizyjnych ostatnich lat – Mad Men (który z tego miejsca polecam każdemu kto ma czas na połknięcie siedmiu sezonów).

Shiva", reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2008

Shiva”, reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2008

Mimo że „Shiva” nie skupia się na Viviane i Eliyahu, to daje kilka wskazówek dotyczących życia tych dwojga. Dowiadujemy się, że nie mieszkają oni razem a ich relacje są wyjątkowo chłodne. Nie przeszkadza to jednak Eliyahu w staraniu się o sprowadzenie Viviane do domu. Religijny Żyd nie jest w stanie pojąć, że żona, kobieta może zadecydować, że nie chce z nim dalej mieszkać, ot tak. Przecież małżeństwo jest nierozerwalne… czy na pewno? Na to pytanie odpowiedź przynosi ostatnia część trylogii – „Gett: Viviance chce się rozwieść„.

Rozwód

Tytułowy „gett” to oficjalny dokument stwierdzający o rozwodzie. List, o który stara się Viviane, która po wielu latach małżeństwa postanawia uzyskać rozwód. W judaizmie uzyskanie takiego dokumentu nie jest proste, co dość dobitnie przedstawia właśnie film. W trakcie ostatniej części trylogii, towarzyszymy Viviane w wieloletniej (!!) sądowej batalii o rozwód. Nie jest to jednak walka wyrównana, ponieważ to nie sąd ma zadecydować o udzieleniu rozwodu. To mąż, Eliyahu, musi wyrazić zgodę na rozwiązanie małżeństwa i wręczyć Viviane tytułowy gett.

"Gett: Viviane chce się rozwieść" reż. Ronit i Shlomi Elkabetz, 2014

„Gett: Viviane chce się rozwieść” reż. Ronit i Shlomi Elkabetz, 2014

Wcześniej pisałem o pierwszej scenie „Wziąć sobie żonę”, gdzie Viviane otoczona jest przez samych mężczyzn, którzy „wiedzą lepiej”. „Gett” jest jeszcze bardziej patriarchalny, jeszcze dosadniej podkreśla zależność mąż/właściciel-żona/własność i pokazuje podrzędny stosunek do kobiet w świetle prawa judaistycznego. Viviane w towarzystwie swojego adwokata staje przed sądem rabinicznym, w którego składzie zasiada trzech poważanych rabinów. Po przeciwnej stronie zasiada jej mąż, Eliyahu, z czasem w towarzystwie swojego adwokata – również rabina. Rozłożenie sił jest nierówne; ona jest pytana o wszystko – czy mieszka z mężem, dlaczego nie, czy próbowała do niego wrócić, czy ma kogoś na boku… On odpowiada właściwie na jedno pytanie „Czy udzielasz swojej żonie rozwodu?”.

Nie.

Nie.

Nie.

Każde jego „nie” to praktycznie koniec rozprawy i kolejne miesiące oczekiwania na wolność. Skoro on się nie zgadza na rozwód, to w takim razie ONA powinna do niego wrócić. To że jej to nie pasuje, to kwestia drugorzędna; przecież on chce związek naprawić.

Gdy Eliyahu nie pojawia się na kolejnych rozprawach, adwokat Viviane próbuje przekonać sąd, aby jakoś na niego wpłynął. „Przecież go poinformowaliśmy o rozprawie, co możemy jeszcze zrobić?”. Każda kolejna rozprawa, każde kolejne „nie” tylko pogłębia frustrację głównej bohaterki, która jest po prostu bezradna. Sama nie może zrobić właściwie nic poza wykonywaniem poleceń sądu… poleceń, które od samego początku skazane są na niepowodzenie, bo skoro ona o rozwodzie myślała przez wiele lat, to zmuszenie jej do mieszkania z mężem przez kolejne dwa-trzy miesiące zalecone przez sąd nie zmieni jej zdania.

Sąd rabiniczny, "Gett: Viviane chce się rozwieść" reż. Ronit i Shlomi Elkabetz, 2014

Sąd rabiniczny, „Gett: Viviane chce się rozwieść” reż. Ronit i Shlomi Elkabetz, 2014

„Gett” to moim (i Lubego) zdaniem najlepsza część trylogii. Nie jest zrealizowana w tak teatralny sposób jak „Shiva”, co nie zmienia faktu że film jest pełen dobrych kadrów, mimo że właściwie wszystkie sceny mają miejsce na sali sądowej, ewentualnie w poczekalni. W „Gett” dużo mniej jest również chimerycznej Viviane, co nie znaczy że Ronit Elkabetz się w tym filmie nie wykazała. Główna bohaterka zagrana jest fenomenalnie, mimo że jej postać potraktowana jest przedmiotowo i odsunięto ją w cień, jest tłem dla zeznań świadków, dla kłótni pomiędzy adwokatami. Ale jakim tłem! Jej mimika wręcz kradnie niektóre sceny. Podobnie jak w pozostałych filmach, potęga Ronit Elkabatz to jej umiejętność pracowania twarzą, na której w mistrzowski sposób maluje się cała paleta uczuć od bezsilności przez rozbawienie i gniew po bezsilność i zrezygnowanie.

Ronit Elkabatz, "Gett: Viviane chce się rozwieść" reż. Ronit i Shlomi Elkabetz, 2014

Ronit Elkabatz, „Gett: Viviane chce się rozwieść” reż. Ronit i Shlomi Elkabetz, 2014

Ale czy Viviane Amsalen dostała upragniony gett? Czy mąż złożył go na jej ręce, a ona z dokumentem pod pachą przeszła do drzwi i z powrotem w ramach „płatności” za wolność? Czy Viviane stała się wolną kobietą? Przekonajcie się sami i obejrzyjcie, najlepiej całą trylogię. Nie pożałujecie.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Filmowo o życiu, śmierci i rozwodzie

  1. Pingback: 5 lat, 3 miesiące, 23 dni niewoli. I Homeland. | Izrael od kuchni

  2. Pingback: And the Oscar goes to… Israel? | Izrael od kuchni

  3. Pingback: Dzieje się, dzieje – przegląd prasy | Izrael od kuchni

  4. Pingback: Siedem dni zapominania | Izrael od kuchni

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s