Tel Awiw dwa! Do chodzenia i wydawania!

Od pierwszej części spaceru po Tel Awiwie minął ponad miesiąc, więc to chyba najwyższy czas, żeby zabrać Was do tego niesamowitego miasta na drugi spacer.

O ile wtedy skupiłem się głównie na architekturze telawiwskiego Białego Miasta i street-artowych perełkach, tak dzisiejsza wycieczka będzie po miejscach bardziej hmm… spacerowych; punktach koło których warto przejść podczas wizyty. Aha! Tym razem zatrzymamy się też w kilku miejscach na zakupy i na coś do zjedzenia!

To co, idziemy?

Let's take a ride.

A post shared by Matt (@matt_franckey) on

Podczas naszej pierwszej wizyty w mieście wiosny, przy okazji pisania o Saronie i Neve Tzedek, liznąłem trochę historii Tel Awiwu, który prawa miejskie otrzymał dopiero w 1909 roku. Ale historia tego miasta sięga daleko, daleko wstecz. Wszystko za sprawą Jafy (Jaffy, Yafo). Bo nie zapominajmy, że Tel Awiw to tak naprawdę Tel Awiw-Jafa.

Widok na Jafę

Widok na Jafę

Badania archeologiczne przeprowadzone na terenie Jafy dowodzą, że ludzie mieszkali tu już 7 500 lat przed naszą erą. Pierwsze wzmianki o porcie w Jafie pochodzą jednak dopiero z XV w.p.n.e., kiedy to tereny te zostały podbite przez Egipcjan. Ówczesna nazwa – Yapo (Yafo?) – według wierzeń biblijnych pochodzi od imienia Jafeta, syna Noego, który po Wielkiej Powodzi wybudował tę osadę. Możliwe też, że nazwa ma związek z Kasjopeą (Iopea) z greckiej mitologii, matką Andromedy, która właśnie w okolicy Jafy miała zostać oddana  w ofierze potworowi morskiemu. Z opresji uratował ją wówczas Perseusz, który, jak to zwykle w takich przypadkach, wziął ją za żonę. Stojąc na bulwarze i patrząc w morze można dostrzec wyłaniającą się z wody skałę z zatkniętą weń flagę Izraela – to właśnie do niej miała być przykuta Andromeda. Natomiast według Rzymian, nazwa może pochodzić od Jopy, córki boga wiatru Eola.

Powiązania Jafy z mitologiami rzymskimi i greckimi to oczywiście wynik obecności tych imperiów na terenie obecnego Izraela i w sumie nie powinno dziwić. Tak samo jak nie powinno nikogo dziwić to, że Jafa pojawia się w Biblii, gdzie jest powiązana z trzema historiami.

Kościół Świętego Piotra

Kościół Świętego Piotra

Pierwsza, to historia Jonasza, którego Bóg wysłał do wrogiej Izraelowi Niniwy (na terenie obecnego Iraku), aby ten przekonał niniwczyków (?) do zaprzestania ataków. Jonasz nie był specjalnie skory do takich działań i postanowił uciec. To właśnie w Jafie wszedł na pokład statku, który miał go zabrać do Tarszisz (gdzieś na Półwyspie Iberyjskim). A potem to już chyba wiadomo – gniew boży, sztorm, opuszczenie pokładu na środku morza i żołądek wieloryba. Ostatecznie Jonasz postanowił jednak zmienić zdanie i udać się do Niniwy.

Drugi raz, Jafa pojawia się przy okazji króla Salomona (tego, który z pustego nie naleje). To on budował Świątynię Jerozolimską z wykorzystaniem drewna sprowadzanego z Libanu właśnie do portu w Jafie. Tutaj działał również Święty Piotr i całkiem możliwe, że korzystając z tego portu opuścił ziemie izraelskie. To jemu poświęcony jest górujący nad portem kościół rzymskokatolicki zbudowany w XVII wieku.

Wejście do meczetu Al-Mahmudijja

Wejście do meczetu Al-Mahmudijja

Na niespecjalnie dużym terenie, znaleźć można pozostałości historycznej przeszłości miasta. Poza wspomnianym wcześniej kościołem, w którym msze odprawiane są również po polsku, znaleźć można również XVII-wieczny meczet Al-Mahmudijja.  Bliżej nadmorskiej promenady znajduje się starszy o dwa wieki meczet Al-Bahr – meczet morza. Niedaleko pierwszego meczetu, znajduje się bardzo charakterystyczna dla Jafy wieża zegarowa zbudowana w 1906 roku przez sułtana Abdula Hamida Drugiego.

Dla mnie, głównym powodem, dla którego warto skierować swoje kroki do Jafy jest wspaniały widok na całą linię brzegową Tel Awiwu. Wystarczy krótki spacer na nadmorskie wzniesienie, aby naszym ukazał się taki widok:

WPP_IMG_8158

Jak na dłoni widać telawiwskie hotele międzynarodowych sieci, które przez lata wyrastały na samym brzegu.  Z punktu widokowego, warto udać się w stronę urokliwych „uliczek zodiakowych”. Wzdłuż dwunastu wąskich alejek nazwanych po znakach zodiaku znajdują się małe galerie sztuki i sklepy jubilerskie. W labiryncie uliczek można znaleźć mały placyk z lewitującym drzewem, ale przede wszystkim można nim dojść do starego portu, który obecnie jest zdominowany przez restauracje i bary.

Alejka zodiakowa

Alejka zodiakowa

Wśród wielu znajdujących się tam knajp, grzechem byłoby nie zwrócić uwagi na jedną szczególną – na restaurację Black Out będącą częścią centrum Na Lagaat. Jak już sama nazwa sugeruje, chodzi o ciemność – o jedzenie w ciemności. Koncept znany w Europie, także w Polsce, jako coś nietypowego i ekstremalnego. W wypadku Black Out dochodzi jeszcze jedna sprawa – obsługa kelnerska jak i na kuchni to osoby niewidome lub niedowidzące, które wprowadzają gości w ich świat (kompletnej) ciemności. Przyznam szczerze, że do podobnych pomysłów podchodziłem sceptycznie; nie byłem w stanie wyobrazić sobie kompletnej ciemności. Zawsze przecież będzie szpara pod drzwiami, sygnalizacja ewakuacyjna. Nie, nie zawsze. Na sali panuje absolutna ciemność, w której trzeba się odnaleźć. O ile kelner wskaże miejsce przy stole i poda zamówione wcześniej dania (przed wejściem na salę wybiera się przygotowane zestawy lub „niespodziankę”), to nie pomoże ze znalezieniem sztućców, czy nalaniem wody do kieliszka. Szczerze polecam – warto jednak zarezerwować stolik wcześniej. W skład centrum Na Lagaat wchodzi również centrum warsztatowe dla osób z niepełnosprawnościami oraz scena teatralna, na której od powstania w 2002 roku występują osoby jednocześnie niewidome i głuche.

WP_IMG_8115

Pchli targ w Jafie

Przed opuszczeniem Jafy można jeszcze zajrzeć na pchli targ, na którym można znaleźć pamiątkowe drobiazgi. Gdy kramy i stoiska zamykają się wieczorami, ich miejsca zajmują małe bary i knajpki, które mogą być alternatywą dla tych zdominowanych przez hipsterską młodzież w centrum miasta.

Do samej Jafy z centralnego Tel Awiwu najprzyjemniej jest się dostać spacerem wzdłuż brzegu. Właściwie większość czasu można brodzić nogami w wodzie, i tylko na odcinku parku Charlesa Clore’a trzeba założyć buty i piasek zamienić na chodnik. Sam park robi wrażenie wieczorami i (zwłaszcza) w weekendy, gdy spowija go chmura dymu z niezliczonych mangali (przenośnych grilli) i fajek wodnych. Na kamieniach i ławkach przesiadują też ci oczekujący na zachód słońca. Zachody tutaj podobno uzależniają… trzeba tylko mieć szczęście i nie trafić na dzień gdy słońce nim zniknie za horyzontem znika za, z pozoru niewidoczną, chmurą smogu. Od dwóch lat, w czerwcu w parku staje scena, na której odbywają się koncerty kończące telawiwską Gay Pride Parade..

Friends.

A post shared by Matt (@matt_franckey) on

Nie ma się co oszukiwać, o plaży musi być kilka słów. Nie znam nikogo, kto przy okazji przyjazdu nie planowałby dnia na plaży. Te w Tel Awiwie wydają mi się (specjalistą nie jestem) niezłe. Szerokie, piaszczyste a nie kamieniste, strzeżone, z dobrą infrastrukturą – co kilkaset metrów znajdują się toalety i przebieralnie, a przy wyjściach z plaży prysznice i krany do opłukania stóp. Przed słońcem można schować się pod jednym z drewnianych daszków, a jak komuś nie wystarczy sam ręcznik rozłożony na piasku, to za opłatą można wypożyczyć sobie leżak. Parwaningu nie zaobserwowałem.

WP_IMG_0378

Plaże ciągną się przez blisko 2 kilometry

Plaże ciągną się wzdłuż centrum miasta na odcinku blisko dwóch kilometrów. Od północy ogranicza je marina jachtowa, którą można spokojnie ominąć deptakiem. Na wysokości przystani warto na dosłownie kilkadziesiąt metrów odbić wgłąb lądu, gdzie stoi niecodzienna konstrukcja – „kamienica Gaudiego”. Budynek ten, niedawno odrestaurowany, nie jest jednak dziełem TEGO Gaudiego, ale nie trudno odmówić projektantowi inspiracji Gaudim. Kamienicę wybudowaną w latach osiemdziesiątych można podziwiać siedząc na utrzymanej w podobnym stylu ławeczce po „morskiej” stronie ulicy.

Kierując się bulwarem na północ, mijamy kilka mniejszych plaż, z których wspomnę o dwóch. Pierwszą jest Hilton Beach – plaża, do której najbliżej mają goście górującego nad nią hotelu znanej marki. Rozlewająca się po dwóch stronach kamienistego falochronu prezentuje dwie różne odsłony – od południa, faktycznie jest zdominowana przez gości hotelowych. Od północy jednak… od północy jest nieoficjalną plażą gejowską, o czym świadczyć mogą tęczowe dachy chroniące przed słońcem oraz zdecydowana większość mężczyzn prężących się na ręcznikach.

To przed takimi widokami broni religijnych Żydów płot.

To przed takimi widokami broni religijnych Żydów płot.

Patrząc z Hilton Beach na północ, w oczy rzuca się drewniany wysoki na kilka metrów płot wbijający się wgłąb morza. Parkan ogradza ten fragment plaży od trzech stron, skutecznie blokując widok osobom postronnym. Plaża dla wojskowych? Mini poligon w środku miasta? Nie i nie. Odpowiedź jest prosta – plaża dla ortodoksyjnych Żydów. Zamknięta w trakcie szabatu, a w pozostałe dni wprowadzająca segregację płciową – dni męskie to poniedziałki, środy i piątki, a damskie są niedziele, wtorki i czwartki.

WP_IMG_0360

Promenada w porcie północnym

Gdy kończą się plaże rozpoczyna się promenada prowadząca wprost do portu północnego. Drewniany, pofalowany pomost przywodzi na myśl morze, które nie daje o sobie zapomnieć i przy wyższych falach potrafi zmoczyć spacerowiczów. Portowe hangary stanowią obecnie dom dla wielu restauracji, barów, przestrzeni eventowych czy sklepów. Jeden z nich, prawie na początku (przy karuzeli) zajmowany jest przez ekologiczny targ, który powstał z inicjatywy Michal Ansky  – jurorki izraelskiej edycji Master Chefa, dziennikarki kulinarnej (bliżej jej do Ani Starmach niż do Magdy Gessler).

Jeżeli po spacerze od Jafy do portu północnego macie jeszcze trochę siły, to możecie zajść do największego parku w mieście – parku HaYarkon, który ciągnie się wzdłuż obu brzegów potoku o tej samej nazwie.

W trakcie takiego spaceru można zgłodnieć. Cóż, scena kulinarna zmienia się w Tel Awiwie dość dynamicznie; jedne miejsca się otwierają, inne zamykają. Poza tym z racji tego, że w Tel Awiwie nie mieszkam, to mam mniej czasu na eksplorowanie nowych knajpek. Jest jednak kilka miejsc, do których wracam i które mogę polecić, a które serwują dania kuchni bliskowschodniej (z jednym wyjątkiem). Do takich miejsc należy na pewno Sabih Frishman na rogu Frishman i Dizengoff serwujący właśnie sabih. Czym jest sabih? To pita wypełniona pieczonym bakłażanem, dodatkami i obowiązkowo jajkiem na twardo.

Na prowadzącej do morza ulicy Bograshov, mniej więcej w połowie, na skrzyżowaniu z Hovevei Tsiyon, znajduje się Falafel Gabai. Nigdy nie widziałem tego miejsca pustego. Falafele mają, jak dla mnie, w sam raz. Kilka przecznic w górę Bograshow, na skrzyżowaniu z Pinsker, po prawej znajduje się mały lokal specjalizujący w hummusie – Hummus Mashawa. Poza pastą z ciecierzycy warto tam również spróbować bardzo izraelskiego deseru – malabi. Jest to bardzo słodki budyń z mąki kukurydzianej z wodą różaną, obficie polany również różanym syropem i posypany pistacjami i wiórkami kokosowymi. Przy tym samym skrzyżowaniu, ale po drugiej stronie Bograshov, można natomiast zjeść świetną wegetariańską pizzę w HaPizza. Kilka smacznych restauracji z hummusem i falafelami można znaleźć także przy wąskich uliczkach „jemeńskiej winnicy” – Kerem HaTeimanim. Większość z nich oferuje naprawdę domową kuchnię. Ostatni raz tak dobry kebab (kebab w znaczeniu grillowany szaszłyk) jagnięcy jadłem, gdy mieszkałem w Turcji. 

WP_IMG_8613

Świeże zioła na targu Carmel

Liczne smakołyki, słodkości oraz świeże warzywa i owoce można kupić na najbardziej znanym telawiwskim targu – Carmelu. Targ dla mnie jest urokliwy jak każdy bliskowschodni rynek. Żywe kolory równo poukładanych warzyw i owoców, misternie usypane kopczyki aromatycznych przypraw, ogromne tace baklaw i knafe obficie polanych syropem cukrowym. To wszystko tutaj. Trzeba się tylko przebić przez stragany z ciuchami, bielizną i innymi drobiazgami. Na Carmelu znajdzie się też miejsce dla piwoszy – w jednej z bocznych alejek swój niewielki lokal ma Beer Bazaar, w którym spróbować można wielu izraelskich piw rzemieślniczych, zarówno w butelkach jak i na kranach.

Drobiazgami, rękodziełem i sztuką wypełniony jest natomiast targ Nachlat Binamin odbywający się we wtorki i piątki niedaleko Carmelu. Stoiska za każdym razem odwiedzają tłumy. Wśród wystawiających się można znaleźć chociażby piękne szklane hamsy (typowe dla tego regionu „amulety” w kształcie dłoni) i mezuzy (zdobione pojemniczki z fragmentem Tory, które przybija się do framugi drzwi), wyszywane obrazy, biżuterię ze sztućców, robione w domu mydła i wiele, wiele innych. W większości są to jednak rzeczy nowe – w poszukiwaniu antyków i rzeczy w klimacie vintage lepiej udać się na targ przy Dizengoff Square, który odbywa się w tych samych dniach.

Uff… po takim spacerze chyba czas na odpoczynek, co? No dobra, dam Wam odetchnąć i dzisiaj już nigdzie nie zabiorę! A dla spacerujących w domowym zaciszu – mapka. A na Faceooku – więcej zdjęć.


Facebook zalajkowany? Instagram zalajkowany?

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Tel Awiw dwa! Do chodzenia i wydawania!

  1. Dla mięsożerców wypada polecić słynne jaffowskie shewarmy (przypominające polskie kebaby) ociekające tłuszczem. Na deser kilka smaków hałw i do popicia świeże soki z izraelskich pomarańczy. Co do zachodów słońca – musze się jak najbardziej zgodzić, nie ma drugiego takiego miejsca do obserwacji pięknych wieczornych widoków.

    Lubię to

  2. Pingback: Przepis na: Izraelską szakszukę | Izrael od kuchni

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s