Morze Martwe, morze umierające

Jako że na Facebooku wskazałem kierunek, w którym udam się z Wami w tej notce, to nie będę bawił się w błyskotliwy wstęp. Co prawda na blogowym fanpage’u pojawiło się zdjęcie Masady, to jednak nie trudno się domyslić, że nie zabiorę Was tylko tam. Nie warto tylko po to.

W każdym razie, zdjęcie pokazujące jak unosimy się na powierzchni Morza Martwego udając, że czytamy gazetę jest tak sztampowe jak uwiecznianie na fotografii prób podtrzymywania Krzywej Wieży w Pizie.

Nie będzie takiego zdjęcia w tej notce. Sorry, nie mam.

WP_1
Widok na basen południowy Morza Martwego

Morze umierające

Morze Martwe, Morze Cuchnące, Morze Diabelskie, a po hebrajsku Jam HaMelach – Morze Soli. A tak naprawdę jezioro, ale wyjątkowe z kilku powodów.

Przede wszystkim z powodu położenia w najniższym punkcie na powierzchni Ziemi – 429 metrów pod poziomem morza (jak zauważył ostatnio na Facebooku mój znajomy – Morze Martwe paradoksalnie znajduje się pod poziomem morza). Nasza polska depresja – na Żuławach Wiślanych – znajduje się niecałe 2 metry pod poziomem morza. O tym, że kierując się w stronę Morza Martwego zjeżdżamy pod poziom morza informują betonowe znaczniki w skałach wzdłuż drogi numer 31. Wzdłuż drogi numer 1 chyba też są.

Drugi powodem jest oczywiście zasolenie jeziora – średnio około 30%. Dla porównania, średnie zasolenie Bałtyku to niewiele poniżej 1%. Nie jest to co prawda najbardziej zasolony zbiornik wodny, ale mieści się w pierwszej piątce.

Od końca lat 70 ubiegłego stulecia, w Morzu Martwym ponownie zachodzi proces stratyfikacji – rozwarstwienia się wód. Przez wieki Morze Martwe „składało się” z dwóch warstw wody o różnym zasoleniu i temperaturze. Górne 35 metrów stanowiła woda o zasoleniu w okolicy 30% i temperaturze wahającej się od 19 do nawet 37 stopni Celsjusza, podczas gdy dolną warstwę tworzył roztwór nasycony o zasoleniu około 33% i stałej temperaturze 22 stopni Celsjusza. Tak było aż do 1978-79 roku, kiedy to doszło do wymieszania warstw spowodowanego, między innymi, ograniczeniem poziomu dopływów. Od tego czasu prawa chemii i fizyki znów robią swoje i próbują na nowo rozwarstwić wody.

WP_2.jpg

Cofające się wody jeziora pozostawiają grubą warstwę soli

Ostatnie kilkadziesiąt lat to także okres bardzo intensywnego wysychania Morza Martwego. Co prawda proces ten zachodzi od tysiącleci – badania geologiczne wykazują, że w ciągu ostatnich 70 000 lat poziom wód był nawet do 250m wyższy niż obecnie. Amplituda zmian poziomu wód sięgała w zamierzchłej przeszłości nawet 400m. Był nawet okres, gdy Morze Martwe i Jezioro Galilejskie tworzyły jeden zbiornik wodny. Tak duże zmiany spowodowane były wówczas przede wszystkim przez procesy sejsmiczne. Morze Martwe leży przecież na uskoku tektonicznym na pograniczu płyty afrykańskiej i arabskiej. To, co jednak obserwujemy teraz zachodzi dużo gwałtowniej i spowodowane jest przede wszystkim działalnością ludzką.

Głównym dopływem Morza Martwego była rzeka Jordan ciągnąca się pomiędzy Izraelem i Autonomią Palestyńską, a Jordanią. Do lat 50 ubiegłego wieku, Jordan dostarczał wystarczająco dużo wody, aby zbalansować straty wynikające z naturalnych procesów parowania (Morze Martwe jest jeziorem bezodpływowym). W latach 60 Izrael wybudował przy Jeziorze Galilejskim stację pomp, która ograniczyła przepustowość Jordanu. Dodatkowo Syria i Jordania zaczęły nadmierie wykorzystywać wodę z rzeki  Jarmuk – jednego z głównych dopływów Jordanu. Gdyby tego było mało, to doszła jeszcze działalność komercyjna prowadzona u brzegów Morza Martwego – rozbudowa zaplecza hotelowego oraz infrastruktury potrzebnej do wydobywania (odparowywania) minerałów na potrzeby kosmetyków.

Te wszystkie działania zaburzyły naturalną równowagę i sprawiły, że z 600 miliardów litrów rocznie potrzebnych do utrzymania stałego poziomu, ilość dopływów spadła o 90%, a samo jezioro znacznie się zmniejszyło. Doskonale widać to na zdjęciach satelitarnych.

The_Dead_Sea_1972-2011_-_NASA_Earth_Observatory

Wysychanie Morza Martwego – 1972-2011; NASA’s Earth Observatory – The Dead Sea 1972-2011, Licencja Creative Commons

Proces wysychania doprowadził do fizycznego podzielenia Morza Martwego na dwa zbiorniki – północny i południowy – połączone wąskim Przesmykiem Lyncha. Ten południowy jest nieporównywalnie płytszy – głębokość wody to średnio 6-8m, podczas gdy w basenie północnym nawet 350m.

Kurczenie się Morza Martwego prowadzi także do bardzo niebezpiecznych procesów powstawania lejów i zapadlisk (po angielsku to się mądrze nazywa „sinkholes„). Opadający poziom wód pozostawia solną skorupę, spod której również opadające wody gruntowe wypłukują ziemię. Zewnętrza skorupa w końcu zapada się i tworzy po prostu dziurę, której głębokość może sięgać nawet kilku metrów. Na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza takich zapadlisk powstało ponad dwa tysiące, doprowadzając nawet do czasowego zamknięcia nadmorskiej drogi szybkiego ruchu. Jest to też zagrożenie dla turystów, którzy szukają dzikich plaż.

W 2013 roku władze Izraela, Jordanii i Autonomii Palestyńskiej podpisały umowę dotyczącą budowy kanału łączącego Morze Martwe z Morzem Czerwonym. Szacuje się, że mierzący 180km kanał zostanie ukończony do 2018 roku i zacznie zasilać wysychające jezioro wodą morską. Do tego czasu poziom wody będzie się obniżał o około metr rocznie.

Morze upiększające

Już starożytni Egipcjanie i Rzymianie doceniali zdrowotne właściwości Morza Martwego. Wysokie stężenie minerałów zarówno w wodzie jak i w glebie (błotach) bardzo korzystnie działa na skórę. Nie bez powodu wzdłuż linii brzegowej zlokalizowane są zarówno publiczne plaże jak i ośrodki SPA oferujące możliwość zdrowotnych błotnych kąpieli. A jak komuś mało, to może skorzystać z bogatej linii kosmetyków bazujących na minerałach i soli wydobywanych z Morza Martwego. Dodatkowo warto wspomnieć, że z racji położenia w depresji, ciśnienie atmosferyczne jest tutaj najwyższe, a powietrze bogatsze w tlen i minerały. Wszystko na zdrowie!

Nie bez powodu więc wybierając się nad Morze Martwe każdy nastawia się na „kąpiel”, zarówno w wodzie jak i w błocie. Aby tego doświadczyć trzeba znaleźć odpowiednie miejsce. Niestety, darmowych publicznych plaż z minimum infrastruktury ze świecą szukać. Chyba jedyną taką jest ta w Ein Bokek, nad brzegiem południowego basenu. Plaże południowego basenu to w zdecydowanej większości plaże hotelowe (płatne dla gości spoza hotelu) podczas gdy plaże basenu północnego przynależą do ośrodków SPA, które w cenie wejściówki oferują czasami dodatkowe atrakcje (np. basen albo lunch w restauracji). W zależności od „pakietu” wejściówka może kosztować nawet 100 NIS od osoby. Czasami warto się targować – gdy jesteśmy większą grupą albo gdy przyjeżdżam późno i część wliczonych w cenę atrakcji jest zamknięta. Niech nikogo nie zdziwi, że niektóre ośrodki, które kilka lat temu znajdowały się nad samym brzegiem, teraz dowożą gości nad wodę oddaloną o kilkaset metrów.

WP_3

Jedna z płatnych plaż

Jest jeszcze możliwość kąpieli „na dziko”, ale tej nie polecam (mimo że przy pierwszej wizycie sam z takiej skorzystałem) z dwóch powodów. Po pierwsze bezpieczeństwo – na dzikich odcinkach wybrzeża co kilkadziesiąt metrów pojawiają się tablice informujące o niebezpiecznych lejach. Rocznie odnotowuje się kilkanaście-kilkadziesiąt wypadków, w których miłośnicy dzikich kąpieli wpadali właśnie do takiego zapadliska.

Drugi powód jest czysto praktyczny. Na dzikiej plaży nie uświadczycie prysznica, pod którym można się opłukać. A to ważne, serio. Zmywanie z siebie błota przy pomocy kąpieli w wodzie nie do końca działa. Sama woda morska, z racji wysokiego zasolenia, jest bardzo gęsta, wręcz oleista. Gdy kilka lat temu poszliśmy na dziką plażę, koszmarem był powrót na piechotę do hotelu, w którym pod prysznicem stałem chyba z pół godziny spłukując z siebie oleistą wodę morską i pozostałości błota.

Morze biblijne

O Morzu Martwym można też mówić w kontekście biblijnym. Powodów ku temu jest kilka.

Pierwszy z nich jest chyba najbardziej namacalny. Chodzi mianowicie o rękopisy z Qumran zwane również zwojami znad Morza Martwego. Do przypadkowego odkrycia tych bezcennych zwojów datowanych na okres od II w.p.n.e. do I w.n.e. doprowadzili Beduini zamieszkujący te tereny. W poszukiwaniu zagubionej kozy natrafili na skalne groty, w których znajdowały się gliniane dzbany, a w nich zwoje ze spisanymi księgami biblijnymi i komentarzami do nich oraz apokryfy – po aramejsku, hebrajsku i grecku.

Do poznania historycznego znaczenia tego znaleziska doprowadził przypadek. Pierwsze siedem odnalezionych zwojów nie zostało od razu przekazanych badaczom. Wpierw zostały pocięte na kawałki i wystawione na sprzedaż na jerozolimskich targach – jako pamiątka. Z rąk do rąk – od straganiarza, przez handlarza antykami – fragmenty zwojów trafiły do profesora Eleazara Sukenika z Uniwersytetu Hebrajskiego, który z czasem odkupił trzy całe zwoje i zaczął je analizować.

Dalsza historia tego odkrycia jest mocno pokręcona. Kolejne zwoje trafiły do metropolity syryjskiego Kościoła prawosławnego, który próbował je sprzedać w Stanach. W międzyczasie  skończył się okres Mandatu Brytyjskiego i powstało Państwo Izrael, a w powietrzu wisiała wojna. Ostatecznie, dzięki czujności syna profesora Sukelina i wsparciu bogatego nowojorskiego Żyda, zwoje zostały odkupione w 1954 roku za sumę 250 000 dolarów (około 2 milionów USD obecnie) i po latach wróciły do Izraela.

Jednocześnie rozpoczęto prace archeologiczne w okolicy Qumran i natrafiono na kolejne jaskinie, w których znaleziono podobne gliniane naczynia z kolejnymi zwojami.

WP_4

Charakterystyczna kopuła Sanktuarium Księgi w Muzeum Izraelskim w Jerozolimie; kształtem ma przypominać gliniane naczynia, w których znaleziono zwoje

Cała historię zwojów z Qumran można poznać w poświęconej im części Muzeum Izraelskiego w Jerozolimie. Zbudowane specjalnie dla tej części wystawy stałej Sanktuarium Księgi (Shrine of the Book) skupia się na historii odkrycia zwojów, efektach prowadzonych w rejonie Qumran badań archeologicznych i znaczeniu ich znalezisk. W głównej części, pod charakterystyczną kopułą, prezentowany jest jeden z odnalezionych zwojów. Na terenie wykopalisk utworzono natomiast Park Krajobrazowy, w którym poza jaskiniami, w których znaleziono zwoje, można zobaczyć pozostałości dawnych osad.

Część zwojów prezentowana jest również w Muzeum Jordańskim w Ammanie.

O Morzu Martwym w kontekście biblijnym można mówić w jeszcze jeden sposób. Według badaczy, gdzieś niedaleko południowo-zachodniego wybrzeża na wzniesieniu znajowała się biblijna Sodoma. Ponoć jadąc drogą numer 90 wzdłuż brzegu południowego basenu, na jednym z klifów widać żonę Lota zamienioną w słóp soli. Teksty biblijne wspominają również, że to właśnie w dolinie, w której obecnie znajduje się Morze Martwe,  Król Dawid ukrywał się przed Saulem.

Morze zielone

Król Dawid ukrywając się przed Saulem prawdopodobnie trafił do oazy w Ein Gedi. Miejsca, które zdecydowanie warto zobaczyć. Rezerwat przyrody Ein Gedi to przepiękna zielona wyspa zlokalizowana mniej więcej w połowie drogi między Qumran a Masadą.

WP_5

Orzeźwiający prysznic w Ein Gedi

Główny szlak prowadzi wzdłuż całorocznego potoku Dawida, który w kilku miejscach tworzy malownicze baseny. W kilku z nich można się wykąpać i wziąć orzeźwiający prysznic pod wodospadem. Jest to niewątpliwie przyjemne uczucie, zwłaszcza biorąc pod uwagę temperatury jakie występują w tym rejonie (spokojnie dochodzące do 40 stopni). Bardziej zaawansowani wspinacze, których nie zadowoli tylko kąpiel pod wodospadem Dawida mogą wspinać się dalej aż na jego szczyt i wzdłuż drugiego potoku Ein Gedi. Tam też można trafić na ruiny pochodzące z epoki miedzi (około 5 000 p.n.e.).

Wytrwałym polecam zejście z głównego szlaku i wejście na szczyt Yishai, z którego rozpościera się przepiękny widok na Morze Martwe. Tylko należy pamiętać – woda, woda, woda! Jeżeli decydujemy się na wejście w najgorętszych miesiącach letnich, to dobrze mieć ze sobą minimum półtora litra wody na osobę. Serio.

WP_6

Widok z góry Yishai

Wzdłuż głównego szlaku rosną liczne akacje, topole i krzewy cierniste, które dają spacerowiczom chwilę wytchnienia od prażącego słońca. Warto mieć jednak oczy dokoła głowy, gdyż na skalnych zboczach można wypatrzeć koziorożce nubijskie z charakterystycznymi efektownymi rogami.

Kilkaset metrów dalej na południe znajduje się kibuc Ein Gedi, w którym stworzono ogród botaniczny. Na obszarze 10 hektarów znaleźć można kilkaset gatunków roślin z całego świata.

Morze waleczne

W końcu kilka słów o miejscu, którym tę notkę zapowiadałem. Masada, czyli imponująca twierdza położona nad Morzem Martwym.

Zbudowana w I w p.n.e. fortyfikacja przez długi czas służyła Rzymianom jako strategicznie położony obiekt. Wzmocniona przez Heroda o mury, baszty i przede wszystkim magazyny na żywność, stanowiła miejsce, które ciężko byłoby zdobyć. Dlaczego? Ponieważ znajdowała się na szczycie wzniesienia, którego zbocza są niezwykle strome. Dodatkowo z racji braku roślinności potencjalni atakujący byli doskonale widoczni. Trochę jak Monte Cassino.

WP_7.jpg

Widok ze szczytu Masady

Najważniejszy okres dla Masady przyszedł w roku 66, kiedy to w trakcie wojny żydowskiej, zeloci zajęli twierdzę. Chronili się w niej przez kolejnych siedem lat, aż zostali jednym z trzech ostatnich punktów oporu. W 73 roku Flawiusz Silwa zdecydował się odbić Masadę z rąk zelotów i skierował na nią nie tylko 5 tysięcy żołnierzy, ale przede wszystkim dwa razy tyle niewolników. Zadaniem tych ostatich było usypanie skarpy, która miała ułatwić szturm. Plan się powiódł, a zeloci dowodzeni przez Eleazara ben Jaira podjęli heroiczną decyzję, która zapisała ich na kartach historii. Popełnili zbiorowe samobójstwo. Relacje Józefa Flawiusza mówią o 960 zabitych i tylko 7 ocalałych (dwóch kobietach i ich dzieciach).

Masada dzięki temu stała się symbolem heroicznej walki, aż do samego końca. Nie ma się więc co dziwić, że to właśnie tutaj izraelscy żołnierze składają swoją przysięgę, w której padają słowa „Masada nigdy więcej nie zostanie zdobyta”.

Po zelotach i Rzymianach, twierdza przeszła w ręce mnichów z Bizancjum, którzy wybudowali na jej terenie kaplicę, a niedługo później zostali wygonieni przez Persów. Przez ostatnie 1300 lat twierdza nie była zasiedlona. Dopiero w drugiej połowie XX weku rozpoczęto prace archeologiczne, które odsłoniły pozostałości Wielkiego Pałacu, jedną z największych na Bliskim Wschodzie łaźnię rzymską, zbudowaną przez zelotów łaźnię rytualną, a także najstarszą na terenie Palestyny synagogę.

Większość z tych miejsc dostępnych jest do zwiedzania w ramach utworzonego tutaj Parku Narodowego.

Są trzy możliwe drogi dostania się do twierdzy.

WP_8

Droga wężowa widziana z wagonika kolejki linowej

Pierwsza to trwające około 45-60 minut wejście „drogą weżową”, która niczym wąż wije się po wschodnim zboczu. To wejście jest ciężkie i męczące, ale jednocześnie daje satysfakcję i oferuje przepiękne widoki. Jeżeli chcemy mieć widoki, ale iść na łatwiznę, to można skorzystać z kolejki linowej, która w kilka minut zawiezie na sam szczyt. Z tą tylko uwagą, że bilet na przejażdżkę kosztuje drugie tyle, co bilet wstępu na teren Masady. Trzecia opcja, to skorzystanie z usypanej przez Rzymian skarpy znajdującej się przy zachodnim zboczu. Lekko, łatwo i przyjemnie. Ale bez specjalnych widoków.

Przyznam szczerze, że na Masadę pierwszy raz pojechałem dopiero niedawno i to w okolicznościach, które sprawiły że ten wyjazd był niesamowity – pojechaliśmy oglądać wschód słońca. Jeżeli macie możliwość – jedźcie. Trzeba się na miejscu stawić bardzo wcześnie – kasa biletowa otwiera się na godzinę przed wschodem słońca. Tyle czasu powinno wystarczyć, aby drogą wężową wejść na sam szczyt. Kolejka linowa zaczyna funkcjonowanie dopiero później. Nie jestem pewien, czy wejście od strony skarpy jest otwartej o tej godzinie. W każdym razie, obserwowanie słońca wyłaniającego się zza gór Jordanii… niesamowite. Równie interesujące jest obserwowanie religijnych Żydów, którzy przy promieniach wschodzącego słońca odmawiają pierwszą modlitwę.

Good morning sun...

A post shared by Matt (@matt_franckey) on

A będąc już tak kompletnie szczerym, to gdyby nie wschód słońca, to nie wiem czy chciałoby mi się ta jechać. Jest ładnie, malowniczo ale… Jeżeli miałbym wybierać, to wydaje mi się że Ein Gedi jest bardziej warte zobaczenia. To jednak moje osobiste zdanie… skarg nie przyjmuję.

Morze nagie

I na koniec ciekawostka. We wrześniu 2011 roku, po dwóch latach przygotowań, Morze Martwe zostało uwiecznione w obiektywie fotografa, Spencera Tunicka. Co w tym dziwnego, że zasługuje na miano ciekawostki? Otóż Spencer Tunick znany jest z nietypowych zdjęć – obikety turystyczne często są tłem dla instalacji i konstelacji ułożonych z tłumu nagich ochotników.  Mimo nagości jego zdjęcia nie są jednak erotyczne (choć dla ministra Glińskiego byłyby pornografią), a artystyczne. Nad Morzem Martwem udało mu się uchwycić w obiektywie około 1 200 ochotników. Do ostatniej chwili powodzenie akcji było niepewne, gdyż wycofał się z niej główny sponsor, a dokładna lokalizacja trzymana w tajemnicy, aby nie przyciągnąć niepotrzebnej prasy i gapiów (nie do końca się to udało). Ostatecznie powstało jednak kilka całkiem niezłych fotografii.

Dead Sea 3 2011

Dead Sea 1, 2011 Autor: Spencer Tunick, http://www.spencertunick.com

Wizyta Tunicka i zrealizowanie przez niego projektu nad Morzem Martwym wiązało się z kampanią promującą Morze Martwe jako jeden z potencjalnych nowych cudów świata, a także miało na celu zwrócenie uwagi na postępujące zanikanie tego wspaniałego miejsca.

Z Izraela wylatywałem wówczas dzień przed sesją zdjęciową, ale udało mi się uścisnąć dłoń Tunicka, gdy wraz z Lubym spotkaliśmy go na szlaku w Ein Gedi.

Dojazd

Najwygodniej, wiadomo, samochodem. Jeśli zdecydujemy się na ten środek transportu, to mamy do wyboru dwie drogi. Albo przez Jerozolimę, drogą numer 1 na wschód a następnie drogą numer 90 na południe wzdłuż wybrzeża basenu północnego. Albo od południa – kierując się w stronę Be’er Szewy (droga numer 6), a następnie odbijając na wschód drogą numer 31. Wówczas dojedziemy do basenu południowego, mniej więcej w miejscu w którym skupione są wszystkie hotele z plażami. Drogą numer 90 kierujemy się wtedy na północ i docieramy kolejno do Ein Bokek, Masady, Ein Gedi i Qumran. Plusem dojazdu od południa są punkty widokowe umieszczone wzdłuż drogi numer 31, z których rozpościera się piękny widok na Morze Martwe.

Zarówno atrakcje turystyczne – Masada i Ein Gedi – jak i plaże i hotele dysponują parkingami, na których można zostawić samochód.

W te rejony można się też dostać regularnymi połączeniami autobusowymi (linie 444 i 486) z głównego dworca autobusowego w Jerozolimie. Podróż do Masady zajmuje około dwóch godzin i kosztuje około 45 NIS w jedną stronę. Autobusy zatrzymują się także przy Ein Gedi i Ein Bokek. Gorzej, gdy za jednym zamachem chcielibyście zobaczyć wszystkie miejsca i jeszcze wykąpać się w Morzu albo przyjechać na Masadę na wschód słońca. Wtedy trzeba trochę kombinować, ale dla chcącego nic trudnego 🙂

I mapka, tak tradycyjnie

Więcej informacji praktycznych dotyczących podróżowania po Izraelu znajdziecie tutaj.


Lajkujcie Facebooka i Instagrama. Tam znajdziecie więcej zdjęć!

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Morze Martwe, morze umierające

  1. Pingback: Izrael od kuchni

  2. Pingback: Kratery i kolorowe piaski pustyni | Izrael od kuchni

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s