Co mnie zaskoczyło, co mnie zadziwiło – część 3

W niedzielę minął dokładnie rok od kiedy wytoczyłem się z samolotu obładowany ponad 70kg bagażu, by zacząć nowy etap życia w Izraelu. Minęło 365 dni, podczas których miałem (i nadal mam) okazję poznawać ten kraj od środka, od blogowo-tytułowej „kuchni”. Mimo że minęło już tyle czasu, to wciąż pewne rzeczy nie przestają mnie tutaj zaskakiwać i zadziwiać. Z okazji takiej okrągłej rocznicy postanowiłem dopisać kolejną część listy rzeczy, które mnie w tym kraju tak bardzo zaskakują i zadziwiają. Odnośniki do poprzednich dwóch postów, które na łamach bloga pojawiły się w maju i czerwcu ubiegłego roku, znajdziecie na samym końcu notki.

10. „U-a-ha rowery dwa, u-a-ha górale!” Z silniczkiem!

Wystarczy kilka godzin spędzonych w Tel Awiwie by zauważyć, że dwukołowce są w Izraelu bardzo popularnym środkiem transportu. Podobną ilość skuterów na ulicach widziałem chyba tylko w Rzymie, a rowerów… rowerów to chyba tylko w Pekinie według Katie Melua. Skuterów pojawia się wyjątkowo dużo w porze lunchowej, gdy zapracowani high-techowcy (i nie tylko) zamawiają posiłki do biura, a te – w korkach – najlepiej dostarczyć właśnie jednośladem.

Osobnym fenomenem są rowery elektryczne. Wydaje mi się, że jest ich nawet więcej niż zwykłych rowerów. Te dziwaczne (moim zdaniem) urządzenia są wręcz wszędzie, a dzięki akumulatorowi potrafią rozpędzić się nawet do 25 km/h. I to bez użycia siły ludzkich mięśni. Oczywiście można z takiego cuda także korzystać jak z normalnego roweru, co nie dla wszystkich jest takie oczywiste. Już kilka razy widziałem desperackie pytania „gdzie mogę naładować akumulator?! Rozładował mi się, jak ja wrócę do domu?!”. A co najciekawsze – jeszcze do niedawna ich użytkowanie było nielegalne. Dopiero w lipcu 2014 roku Ministerstwo Transportu dopuściło je do ruchu.

22105954992_f414624f36_o.jpg

Stacja Tel-O-Fun

Ale żeby nie było, że tylko skutery i rowery z silniczkiem – popularne są również zwykłe jednoślady. W samym Tel Awiwie od kilku lat funkcjonuje system publiczny rowerów Tel-O-Fun (na kształt warszawskiego Veturilo). W całym mieście znajduje się ponad 100 stacji, w których wypożyczyć można ponad 1000 bicykli. Pierwsze 30 minut jazdy jest darmowe. Po więcej szczegółów odsyłam Was na stronę wypożyczalni. Dodam tylko, że w samym Tel Awiwie znajduje się 120 km ścieżek rowerowych (10x większa Warszawa ma nieco ponad 400km). Miasto oferuje także stacje postojowe na ponad 3000 jednośladów, do których można przypiąć swój rower.

Zamiłowanie Izraelczyków do rowerów widać również poza miastem, zwłaszcza w weekendy. Wybierając się samochodem na weekendowe wyjazdy często odnosimy wrażenie, że znajdujemy się w trakcie Tour de France – wzdłuż głównych dróg można spotkać całe grupy „zawodowych” kolarzy. Umawiają się, która stacja benzynowa będzie ich bazą wypadową i jadą w kilkudziesięciokilometrową trasę po okolicy.

Na koniec tylko dodam, że równie popularne co rowery są też… ich kradzieże. Całkiem niedawno, facebookową grupą Secret Tel Aviv (no nie mogę się z niej wypisać, to takie moje guilty pleasure) wstrząsnęła wiadomość, że złodzieje rowerów są w posiadaniu uniwersalnego klucza do rowerowych zamków jednej z firm. Czyżby było tu jak w Amsterdamie, gdzie (ponoć) statystycznie każdy rower jest przynajmniej raz kradziony? Jakby co, to na parterze telawiwskiego dworca autobusowego jest sklep, w którym często można swoją zgubę odnaleźć 😉

11. Psy i koty

Znaleźć społeczeństwo, które nie lubi zwierząt jest chyba trudno. Nie inaczej jest i tutaj – Izraelczycy kochają zwierzęta. Patrząc na izraelską ulicę, można jednak odnieść wrażenie, że miłość ta nie jest równo podzielona. Podział jest dość prosty – psy to zwierzęta domowe, koty to zwierzęta ulicy. Po prostu. Ma to jednak podłoże historyczne – gdy tereny te były we władaniu Brytyjczyków, sprowadzili oni tutaj koty, aby pozbyć się myszy i szczurów. I z jednego problemu zrodził się drugi. Dosłownie zrodził. Koty zaczęły się na potęgę mnożyć, aż ich populacja sięgnęła nawet i 2 milionów. Obecnie szacuje się, że na ulicach samego Tel Awiwu mieszka około 40 000 bezpańskich kotów, których miauczenie słychać we właściwie każdym zakątku miasta. Zwłaszcza podczas rui, która z racji pogody, zdarza się nawet i 3 razy w roku. Zdecydowana większość tych kotów to wcale nie koty bezdomne, co najwyżej bezpańskie – ich domem jest ulica, na której się urodziły i wychowały.

IMG_20151104_125840-01

Wyzwaniem dla rządu i samorządów było (i nadal jest, ale już w mniejszym stopniu) zapanowanie nad populacją kotów. Jeszcze 30 lat temu, jedną z metod było sponsorowane przez miasto trucie kotów. Obecnie metoda ta jest prawnie zakazana (no hello!), a zastąpiono ją przez sterylizację zwierząt. Kilka miesięcy temu jeden z prawicowych polityków zabłysnął pomysłem… deportacji bezpańskich kotów i psów jednej płci do innego kraju, który zgodziłby się je przyjąć. Prowadzona dotychczas akcja sterylizacji kłóci się z jego światopoglądem, gdyż w Torze jasno jest powiedziane, że zwierzęta (jak ludzie) mają iść w świat i się rozmnażać. Tak daleko to i nawet nadpapież Terlikowski nie zaszedł.

Mnie, kociarzowi, od nocnego miauczenia serce się kraje… na szczęście wielu jest takich, którzy te koty dokarmiają.

12. Izraelski magnetyzm

I wcale nie chodzi mi o magnetyzm izraelskich mężczyzn. Ten punkt będzie krótki – Izraelczycy uwielbiają magnesy, ale nie magnesy-pamiątki przywiezione z podróży. A jakie?

A na przykład o magnesy wizytówki. Jakiś czas temu byłem u fryzjera. Z racji tego, że jego zakład otwarty jest nie w określonych godzinach, a od klienta do klienta, to zapytałem się jak się z nim najlepiej kontaktować, żeby się umówić na strzyżenie. Usłyszałem „weź mój magnes, tam jest numer telefonu i dzwoń”. I w taki sposób magnesowa wizytówka od fryzjera wylądowała na lodówce. Zaraz obok magnesu z numerem telefonu pobliskiej knajpy, który znaleźliśmy w torbie z zamówionym stamtąd jedzeniem. Jest jeszcze magnes z namiarami na mechanika samochodowego – ten znaleźliśmy na drzwiach wejściowych do mieszkania (zamiast zawieszki na klamce).

Magnesy reklamowe zazwyczaj znajdują się jednak na boku lodówki. Front jest zarezerwowany dla magnesów z wesel. Prawie że na każdym żydowskim/izraelskim weselu jest fotograf robiący gościom portrety, które w trakcie całej imprezy drukuje na magnesach. Gdzieś w pobliżu wejścia/wyjścia z sali stoi tablica, na której przyczepiane są wydrukowane zdjęcia, które po prostu można wziąć na pamiątkę. Też taki magnes mam… ale nie pokażę, fotograf może i był dobry, ale ujęcie wybrał złe 😉

13. Izraelczycy, po prostu

No właśnie… Izraelczycy. Dla kogoś przyzwyczajonego do homogenicznego (ale HETEROseksualnego! bez genderu!) społeczeństwa, na przykład polskiego, Izrael będzie zdecydowanie inny. Nie ma się przecież co dziwić, skoro Izrael zbudowali imigranci z całego świata.

Pamiętam jak podczas nauki angielskiego, poznaliśmy zwrot melting pot – tygiel kulturowy – który pojawił się w czytance o Londynie. Doskonale oddaje to jednak klimat nie tylko Londynu ale także Tel Awiwu, a nawet i całego Izraela. Choć o ile w przypadku Londynu ten tygiel tworzą imigranci (tudzież uchodźcy, w tym Polacy, według logiki obecnego rządu), tak tutaj ten kulturowy miks to sami Izraelczycy, których rodziny przed laty przybyły z różnych zakątków świata. Na ulicy spotkać można nie tylko blond Aszkenazyjczyków ale także arabskiej urody Sefardyjczyków, czy Sudańczyków i Etiopczyków. Do tego dochodzą wszyscy ci, którzy sami skorzystali z prawa do powrotu. Wystarczy przysłuchać się prowadzonym na ulicy rozmowom, by wyłapać różne języki i akcenty hebrajskiego – rosyjski, francuski, arabski, hiszpański.

To zróżnicowanie sięga jednak znacznie głębiej niż tylko pochodzenie mieszkańców. Izrael, nazywany przecież także Państwem Żydowskim, jest mniej „żydowski” niż polska „katolicka”. Wszak wyznania mojżeszowego jest tutaj ledwo 80% społeczeństwa. Większość z pozostałych 20% to muzułmanie, ale także chrześcijanie czy druzowie. Takie zróżnicowanie widać wręcz na każdym kroku. Pamiętam jak podczas pierwszej wizyty w Izraelu, podczas spaceru po starej Jaffie najpierw usłyszałem nawoływania na modlitwy płynące z głośników na minarecie, niedaleko którego odbywało się żydowskie wesele, podczas gdy w pobliskim kościele trwała katolicka msza.

Poza tym, sami Żydzi są bardzo zróżnicowani. Z jednej strony jeśli chodzi o siłę wiary – od „wierzących nie praktykujących” przez reformowanych, religijnych po ortodoksyjnych i ultra-ortodoksyjnych. Z drugiej strony także jeśli chodzi o pochodzenie – nie raz w swoich wpisach (zwłaszcza tych „świątecznych”) podkreślałem różnice pomiędzy zwyczajami i tradycjami charakterystycznych dla Aszkenazyjczyków i Sefardyjczyków.

To jest prawdziwe multi-kulti. I to jest piękne. Pięknie pokazują to też takie projekty jak Humans of Tel Aviv czy This is Tel Aviv.

14. (Nie)pogoda

I już na koniec, po krótce… może to tylko mnie dziwi, bo nie uważałem specjalnie na lekcjach geografii, no ale jednak pogoda w Izraelu nie jest wcale taka słoneczna non stop. Pamiętam, gdy wyjeżdżałem wiele osób mi mówiło „Ale ci dobrze! Styczeń, luty, a Ty się będziesz tam wygrzewał w słońcu!”. Przyleciałem i… i najpierw padało. Dużo padało. I wcale nie było ciepło. 15 stopni to faktycznie cieplej niż w Polsce, ale nadal nie ciepło. Jak przeprowadziłem się do Turcji, to też miałem 20 stopni cieplej, tyle że w Polsce było -25, a w Ankarze tylko -5. Teraz, rok później, sytuacja się powtarza. Za dnia jest po 15-17 stopni, ale nocami nawet i 4-5, co przy tutejszym budownictwie jest bardzo odczuwalne.

Po obfitych deszczach przyszedł czas na zamiecie piaskowe, podczas których może i jest ciepło, ale nie da się swobodnie oddychać z powodu ilość pyłu w powietrzu. Żeby oczyścić atmosferę, znowu jest czas na deszcze. I dopiero wtedy, tak gdzieś w kwietniu, zaczyna się nareszcie ta przyjemna pogoda, której faktycznie można zazdrościć. Szkoda tylko, że już w czerwcu przychodzą 35-40 stopniowe upały. Nie byłyby one tak tragiczne, gdyby nie horrendalnie wysoka wilgotność powietrza. Mija mordercze lato i powraca przyjemna temperatura. Po której znowu czas na deszcze i chłód, a miejscami nawet i śnieg (choć w tym roku Jerozolimę jakoś oszczędziło – trochę tylko poprószyło białym puchem).

Ela. Ela. Ela. Eh. Eh. Eh.

A post shared by Matt (@matt_franckey) on

Także Moi Mili – tej pogody to wcale nie ma co tak zazdrościć. Ani parasola, ani wełnianej czapki czy szalika nie zostawiłem w Polsce, tylko mam je ze sobą. I od czasu do czasu korzystam 🙂


Poprzednie części:

Niewiarygodne ale prawdziwe! – część 1
Promocje i kredy po izraelsku, czyli niewiarygodne ale prawdziwe część 2


Niewiarygodny ale prawdziwy jest też mój Facebook i Instagram

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Co mnie zaskoczyło, co mnie zadziwiło – część 3

  1. Na wstępie, życzę kolejnych rocznic 😉
    Wpisy o ciekawostkach i zaskakujących faktach/ sytuacjach to chyba jeden z moich ulubionych rodzajów postów 🙂 Swoją drogą nie pogardziłabym lepszą pogodą. Choć luty w Polsce nie zapowiada się aż tak tragicznie.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s