And the Oscar goes to… Israel?

Nie okłamujmy się, w tym roku najbardziej wszystkich interesuje nie to, do kogo powędruje statuetka za najlepszy film czy reżyserię, a to czy Leonardo di Caprio w końcu dostanie złotą statuetkę rycerza. Tym bardziej mało kto będzie się ekscytował najlepszym filmem nieanglojęzycznym. Część Polaków cieszyła się ze statuetki, którą rok temu otrzymała Ida Pawła Pawlikowskiego. Ta zakłamana, pięknie nakręcona, antypolska, świetnie zmontowana, niepatriotyczna, genialnie zagrana i żydowska Ida. 

A co z Izraelczykami? Ile mają na koncie statuetek za najlepszy film nieanglojęzyczny?Cóż… mógłbym od razu odpowiedzieć i napisać, że zero, ale co to byłby wtedy za wpis?

No ale taka prawda. Od 1967 roku, kiedy izraelski film został pierwszy raz zgłoszony do wyścigu o statuetkę, po dzień dzisiejszy żadna produkcja nie została wyróżniona. Właściwie to zaledwie 10 filmów (tyle samo co z Polski) dostało nominacje. I to o kilku z tychże filmów chciałbym wspomnieć, bo myślę że warto.

I od razu, z ręką na sercu przyznaję – nie mam specjalnie zamiłowania do filmów, które są starsze ode mnie, dlatego skupię się na filmach nowszych. Inna sprawa, że ostatnio z czasem różnie i nawet niespecjalnie miałem jak nadrobić zaległości. Może innym razem…

W każdym razie, tak jak wspomniałem, od 1967 roku nominację otrzymało 10 filmów. Aby ułatwić proces wybierania filmu, który zostanie zgłoszony jako nominacja krajowa, na początku lat dziewięćdziesiątych zadecydowano, że zwycięzca „izraelskiego Oscara” – Ofira – będzie automatycznie kandydatem do Oscara dla filmu nieanglojęzycznego. Nie obyło się jednak bez zgrzytów – najlepszym izraelskim filmem 2007 roku został komediodramat Przyjeżdża orkiestra Erana Kolirina z plejadą izraelskich gwiazd (w tym Ronit Elkabetz znaną z trylogii o Viviane Amsalen, o której pisałem tutaj), którego zgłoszenie do nominacji zostało odrzucone przez Akademię Filmową. Powód – więcej niż połowa dialogów w filmie odbywa się w języku angielskim, co dyskwalifikuje film z wyścigu o tytuł najlepszego filmu nieanglojęzycznego. W sumie logiczne, prawda? Mimo to, Izrael swojego kandydata zgłosił. I co więcej – tenże kandydat dostał także nominację, pierwszą od 1984 roku. A filmem tym był…

Twierdza Beaufort, reż. Joseph Cedar, 2007

Gdy pierwszy raz sięgnąłem po ten film, usłyszałem od znajomych Izraelczyków, że zabieram się za ciężkie kino. I faktycznie… Twierdza Beaufort to nie jest kino lekkie, zdecydowanie.

Reżyser Joseph Cedar, weteran pierwszej wojny libańskiej, przenosi nas do roku 2000, kiedy to kończy się konflikt w południowym Libanie. Siły zbrojne Izraela wycofują swoje wojska z terenów dotychczas okupowanych. Jednym z opuszczanych posterunków jest tytułowa twierdza Beaufort będąca przez 18 lat pod kontrolą izraelskiego wojska. Fabuła skupia się na ostatnich dniach na posterunku oddziału dowodzonego przez Liraza Libratiego (w tej roli Oshri Cohen). Przez dwie godziny, reżyser trzyma widza w klaustrofobicznych bunkrach twierdzy, w których gubią się nawet sami żołnierze. Z jednej strony ukazuje rutynowe działania żołnierzy i ich codzienne życie na posterunku. Z drugiej strony, świadomość nadchodzącego końca służby prowokuje do rozmyślań o celu działań. Ostatnie dni Libratiego i jego ludzi wcale nie należą do spokojnych – dochodzi do konfrontacji, nie tylko między stronami konfliktu, ale także między samymi żołnierzami. Konieczność opuszczenie twierdzy i zniszczenia zbudowanych umocnień sprawia, że widz zadaje sobie podobne pytania, co dowodzący oddziałem – jaki sens miało stanie na posterunku, poświęcanie ludzi, skoro teraz wszystko ma zostać zniszczone?

Film został entuzjastycznie przyjęty przez krytyków i, mimo że nie otrzymał Oscara, to reżyser może się poszczycić statuetką Srebrnego Niedźwiedzia z Festiwalu Filmowego w Berlinie. Jak wspomniałem wcześniej – Ofira za najlepszy film ta produkcja nie dostała, ale została wyróżniona statuetkami w czterech kategoriach technicznych (zdjęcia, montaż, ścieżka dźwiękowa i produkcję).

W krótkim czasie po zakończeniu zdjęć rozpoczęła się II wojna libańska.

Walc z Baszirem, reż. Ari Folman, 2008

Walc z Baszirem Ariego Folmana to film, który odbił się szerokim echem na całym świecie. Nie ma chyba osoby, która nie słyszała o tej produkcji. W Polsce pierwsze pokazy Walca… odbyły się podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego, gdzie film ten został wyróżniony przez publiczność.

Ari Folman stworzył film nietypowy – autobiograficzną opowieść prowadzoną w sposób charakterystyczny dla dokumentów ale jednak czuć, że jest to film fabularny. Równie nietypowo film jest zrealizowany – w zdecydowanej większości jest animowany, ale nie w sposób jednorodny. Styl graficzny różni się w zależności od fragmentu opowieści – od typowo komiksowego przez fantazyjnie surrealistyczny po bardzo realistyczny. Krwawy, brutalny, wstrząsający – taki jak rzeczywistość, o której opowiada, czyli czasy pierwszej wojny libańskiej w latach 1982-1986.

Widz towarzyszy głównemu bohaterowi w spotkaniach, które mają mu pomóc w odzyskaniu wspomnień z czasów służby w Libanie. Gdy spotkany znajomy opowiada o dręczących go koszmarach z pola walki,  Folman uzmysławia sobie, że sam nie ma wspomnień z tamtego okresu. Ma wizje dotyczące masakry w obozach palestyńskich w Sabrze i Szatili, ale nie jest pewien ich autentyczności. Dlatego wyrusza na poszukiwania swojej przeszłości i prawdy. Odbywając rozmowy z towarzyszami walk i innymi ludźmi, którzy znajdowali się w tym samym miejscu w tym samym czasie, powoli zbliża się do prawdy sprzed lat.

Wyjątkowy sposób realizacji tego filmu oraz niezwykle interesująco poprowadzona fabuła przyciągają widza do ekranu. A do autorów filmu przyciągnął liczne nagrody – co prawda Akademia Filmowa nie doceniła Walca z Baszirem, zrobiły to inne gremia i nagrodziły film Folmana między innymi Złotym Globem, aż 6 Ofirami i Cezarem.

Ajami, reż. Scandar Copti, Yaron Shani, 2009

Tytułowe Ajami to nazwa chrześcijańsko-muzułmańskiej dzielnicy Tel Awiwu, w której dzieje się akcja filmu. Dzielnicy, która uznawana jest za najbiedniejszą w mieście, a której mieszkańcy muszą sobie radzić nie tylko z problemami ze znalezieniem mieszkania, ale także z narkotykami i działalnością gangów. To właśnie tutaj poznajemy kilkunastoletniego Araba – Nasriego, który zabiera nas wgłąb tej dżungli budynków i społecznych zależności.

Nasri pełni rolę nie głównego bohatera, a bardziej przewodnika po skomplikownych relacjach, które rządzą Ajami. I to właśnie sama dzielnica i jej społeczność wydaje się być głównym bohaterem filmu.

Na cały film składa się pięć przeplatających się wątków; historie nie są opowiedziane chronologicznie, co z jednej strony wprowadza zamęt, z drugiej stopniuje napięcie i zmusza widza do skupienia i zachęca do snucia domysłów. Aż do zaskakującego finału i wyjaśnienia.

Większość wątków łączy osoba Abu Eliasa – szanowanego przez lokalną społeczność właściciela restauracji. To do niego zwraca się o pomoc Omar, który podpadł beduińskim handlarzom narkotyków. To w jego restauracji nielegalnie pracuje młody Palestyńczyk potrzebujący pieniędzy, aby pomóc chorej matce. Kucharzem w restauracji Eliasa jest także Binj, który chciałby zamieszkać ze swoją żydowską partnerką, ale w międzyczasie pakuje się w kłopoty związane z narkotykami.

Tym, co wyróżnia Ajami na tle innych filmów to jego naturalność. Większość osób, które widzimy na ekranie nie ma doświadczenia aktorskiego – to amatorzy, z którymi autorzy filmu współpracowali na różnego rodzaju warsztatach aktorskich prowadzonych właśnie w Ajami. Dialogi są głównie improwizowane, co dodatkowe uwiarygadnia obraz tej dzielnicy. Opowiedziane historie, mimo że napisane przez scenarzystów, wydają się dzięki temu bardzo prawdziwe. I takie było zamierzenie – pokazać prawdziwe życie ludzi tej dzielnicy – Żydów, Arabów i Chrześcijan – ich codzienne problemy i obawy ale także łączące ich relacje.

Ajami to także pierwszy w większości arabskojęzyczny film zgłoszony przez Izrael do Oscarów. W wyścigu do Ofira Ajami pokonało równie dobry film Liban. I dobrze… 3 lata z rzędu z filmami o Libanie? Trochę nudno. Co nie zmienia faktu, że Liban również polecam.

Przypis, reż. Joseph Cedar, 2011

Najświeższym izraelskim filmem, który otrzymał nominację do Oscara, jest Przypis wyreżyserowany przez wyróżnionego kilka lat wcześniej przy okazji Twierdzy Beaufort, Josepha Cedara. Przypis jednak jest filmem diametralnie różniącym się od dramatu wojennego z 2007 roku.

Poznajemy Eliezera (Shlomo Bar Aba) i Uriela (Lior Aszkenazi) Shkolników – ojca i syna. Mężczyźni z jednej strony mają tą samą pasję – obaj są profesorami badającymi Talmud na Uniwersytecie Hebrajskim; z drugiej strony są zupełnie różnymi osobowościami, co przekłada się na ich sukcesy naukowe. Uriel jest charyzmatycznym, lubianym i docenianym przez kolegów akademikiem, który prowadząc badania nie obawia się stosowania bardziej nowoczesnych metod. Jego ojciec jest natomiast niespecjalnie lubianym i mało uznanym tradycjonalistą krytykującym metody stosowane przez syna. Niespełnioną ambicją ojca jest zostanie wyróżnionym Nagrodą Izraela za prowadzone badania. Gdy cel wydaje się być bliski, konkurent Eliezera, zasiadający w kapitule Nagrody profesor Grossman, publikuje wyniki swoich, bardzo podobnych do tych Eliezera, badań dodatkowo pogłębiając frustrację starego Shkolnika.

Sytuacja zmienia się, gdy Eliezer otrzymuje telefon z ministerstwa edukacji, w którym zostaje poinformowany o… przyznaniu mu tak bardzo oczekiwanej Nagrody Izraela. Informacja ta zmienia nie tylko nastawienie ojca, ale także jego relacje z synem, który dowiaduje się, że zaszła pomyłka – Nagroda została przyznana jemu, a nie ojcu. Taki obrót spraw ukazuje dramat Uriela, który stanął przed ciężkim wyborem – złamać serce ojcu, który już świętuje wyczekiwane wyróżnienie, czy skupić się na własnej karierze pogłębiając tylko przepaść dzielącą go od ojca.

Widzowi zaprezentowany jest nie tylko rodzinny dramat, ale także bardziej uniwersalna opowieść o uporze, konflikcie między tradycjonalizmem a postępem i znaczeniu błędu. A wszystko to przedstawione w środowisku akademików, którzy w swoich studiach błędu popełnić nie mogą.

Przypis zgarnął aż dziewięć statuetek Ofira, w tym dla najlepszego filmu, reżysera, aktora pierwszoplanowego (Bar Aba) i drugoplanowego (Aszkenazi), a także Złotą Palmę w Cannes dla najlepszego scenariusza. W wyścigu o Oscara przegrał jednak z irańskim Rozstaniem


Pozostałe izraelskie filmy, które zostały nominowane do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny to:

Jako ciekawostkę dodam, że Moshe Mizrahi, którego filmy zostały dwukrotnie nominowane jako zgłoszone przez Izrael, może pochwalić się Oscarem. I to właśnie w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego, tyle tylko że zrealizowanego we Francji i zgłoszonego właśnie jako film francuski – chodzi o Życie przed sobą z 1977.

Filmem zgłoszonym w tym roku był Baba Joon w reżyserii Yuvala Delshada, ale jednak nie otrzymał nominacji Akademii.


Niekoniecznie Oscara, ale like’a możecie dać na Facebooku i Instagramie

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “And the Oscar goes to… Israel?

  1. Pingback: Dzieje się, dzieje – przegląd prasy | Izrael od kuchni

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s