Dalej na południe się już nie da

Marzec to nie jest miesiąc sprzyjający pisaniu notek. No jakoś nie, nie da rady. Całkiem możliwe, że przyczynia się do temu wciąż trwający research do notki o izraelskich piwach (już wkrótce na blogu). Wypadałoby jednak jakąś notkę stworzyć wcześniej. Myślałem, żeby przełamać „turystyczne” notki czymś bardziej hmm… „światopoglądowym”, ale nie. Cytując klasyka – kończ waść, wstydu oszczędź i napisz w końcu o tym całym Ejlacie.

No to będzie o Ejlacie.

Boredom all inclusive

A post shared by Matt (@matt_franckey) on

Ejlat, Ejlat, Ejlat… najdalej wysunięte na południe miasto Izraela leżące nad Morzem Czerwonym. Kilka kilometrów na południe – granica z Egiptem i egipska Taba, a kilka kilometrów na wschód – jordański Ejlat, czyli Akaba. Miasto, które wśród turystów z Polski zyskało na popularności, gdy irlandzki Ryanair uruchomił połączenie z Krakowa. W tym miejscu od razu piszę – Ryanair lata na lotnisko Ovda, które – wbrew temu co pokazuje Google Maps (albo przynajmniej pokazywało) – nie leży w środku miasta, a jakieś 50km na północ. Ot taka mała różnica. Jak dojechać z lotniska do miasta – tutaj.

Gdybyście zastanawiali się jak to możliwe, że bilety Ryanaira do Ejlatu są tak tanie (nawet poniżej 100zł w dwie strony), to wyjaśnienie jest bardzo proste – dotacje. Ministerstwo turystyki dopłaca 45 Euro do każdego pasażera przywiezionego do Ovdy, a lokalne stowarzyszenie hotelarzy dorzuca kolejne 15 Euro. Ostatnio czytałem jednak, że takie dopłacanie nie przynosi oczekiwanego efektu. Cóż, patrząc po komentarzach, które pojawiają się pod informacjami o tanich lotach na tym kierunku, wnioskuję że wiele osób korzysta z tego połączenia aby udać się do Jordanii.

lotnisko IMG_20160218_094320

Lotnisko w Ejlacie

Jak już jesteśmy przy lotnisku, to nie można tego tematu pominąć. Nie da się, gdyż port lotniczy Eilat (obsługujący loty krajowe) znajduje się centralnie w środku miasta. Zdarza się, że samoloty podchodzą do lądowania od strony morza i wówczas przelatują nad plażą. Spotter ze mnie żaden, tak więc położenie lotniska nie zrobiło na mnie wrażenia. Choć nie, przepraszam, zrobiło wrażenie… złe, ponieważ większość hoteli znajduje się wokół lotniska. Dobrze że w szabat lotnisko zamknięte, to wtedy można chociaż trochę odpocząć. Pierwszego poranka w hotelu ryk silników obudził mnie o siódmej rano… wakacje, wypoczynek, relaks. Taaa… Na szczęście w połowie drogi między Ovdą a miastem trwa już budowa nowego lotniska – portu lotniczego Ramon – które zastąpi istniejące dotychczas oba porty, Ejlat i Ovda. Otwarcie planowane na 2017 rok.

Tym, co przyciąga do Ejlatu wielu Izraelczyków, nie jest wcale wyjątkowo ciepła pogoda (latem około 40 stopni przy kilkunastoprocentowej wilgotności, średnio 360 dni słonecznych w roku i opady na poziomie poniżej 30mm rocznie), a fakt, że Eilat stanowi specjalną strefę ekonomiczną, w której nie obowiązuje podatek VAT (stała stawka 17%). W wielu sklepach, na przykład z elektroniką, można znaleźć dwie ceny – normalną, czyli obowiązującą w całym kraju oraz miejscową nieuwzględniającą VAT-u. Co ciekawe, zgodnie z przepisami strefa ta ma służyć przede wszystkim miejscowym (jakoś trzeba im zrekompensować to, że żyją na końcu świata), a nie przyjezdnym. Dlatego przy głównych drogach, na rogatkach miasta znajdują się posterunki policji skarbowej, która może kontrolować pojazdy wyjeżdżające z miasta. Ale tak jak wspomniałem, takie rozwiązanie może być korzystne dla miejscowych – polskich turystów ceny nawet i bez VAT-u mogą przyprawić momentami o zawrót głowy.

miasto PANO_20160218_150151

To nie kasyno w Vegas tylko jeden z hoteli i kandydat do maka-bryły

W najbliższym czasie całkiem możliwym jest, że Ejlat zacznie przyciągać także i lokalnych hazardzistów. Obecny rząd rozważa otworzenie pierwszego w Izraelu kasyna właśnie w tym nadmorskim kurorcie. Tutaj ciekawa sprawa – gry hazardowe są w Izraelu prawnie zakazane. Wyjątkiem jest właściwie totalizator sportowy. Miłośnicy kasyn (wśród nich jest także lubujący się w prostytutkach jeden z parlamentarzystów) muszą póki co uprawiać kasyno-turystykę i latać do innych krajów (głównie europejskich). Zakaz dotyczy także gier hazardowych online (z wyjątkiem tryk-traka zwanego tutaj szesz-besz). Sprawa jest o tyle ciekawa, że zakaz dotyczy GRANIA w gry hazardowe na terenie Izraela, ale już nie prowadzenia takiego biznesu. Stąd też obecność na tutejszym rynku masy firm zajmujących się prowadzeniem internetowych kasyn i stron z gram hazardowymi.

Ale wracając do Ejlatu… szczerze? Najnudniejsze izraelskie miasto w jakim byłem. Moim zdaniem niczym specjalnym nie różni się od kurortów z tureckiej riwiery – plaża, bulwar, marina i kilka łódek, trochę knajp i masa hoteli, których estetyka może momentami przyprawiać o ból głowy. Cóż, głównym filarem miejscowej gospodarki jest właśnie turystyka i wszystko co się z nią łączy. Przechadzając się więc nadmorskim bulwarem można się poczuć jak w szczycie sezonu w polskich miejscowościach turystycznych; atrakcji i pamiątek do wyboru, do koloru. Koszulki ze śmiesznymi napisami? Są. Muszelki i ozdoby z nich wykonane (made in China oczywiście)? Są. Stragany z jedzeniem i przekąskami, których jakość nie usprawiedliwia ceny? Są. Nie chcemy nic kupować? Proszę bardzo – możemy dać się wystrzelić w niebo w gigantycznej procy (ku uciesze gapiów, którzy mogą obserwować miny śmiałków na telebimie). Coś dla dzieci? Mogą pojeździć mini-jeepem z napędem elektrycznym albo na dziwnym koniu, który porusza się dzięki ruchom frykcyjnym. Jak się zmęczą to będą prosiły, żeby im kupić lody albo kolorowe napoje w fikuśnych butelkach. Jednym słowem – KOSZMAR.

Ale żeby nie było, że Ejlat to tylko ta okropna turystyka najgorszego sortu (nie mylić z turystami gorszego sortu). Jest kilka rzeczy, na które warto zwrócić uwagę. Jest to przyroda, a tej w okolicy jest sporo – nad wodą i pod wodą.

Reef

A post shared by Matt (@matt_franckey) on

Ta podwodna została oczywiście skomercjalizowana, a jakże. Kilka kilometrów na południe od centrum miasta znajduje się podwodny rezerwat rafy koralowej. Powiem tak – nigdy w wcześniej nie nurkowałem, ani z rurką, ani z butlą, dlatego też snorkeling nad rafą koralową w Ejlacie zrobił na mnie wrażenie. Umiarkowane, ale zrobił.

Wejście na teren rezerwatu jest oczywiście płatne kilkadziesiąt szekli od osoby (chyba że mamy wykupiony abonament na parki narodowe), ale poza plażą mamy też dostępną infrastrukturę (toalety, prysznice, przebieralnie, skrytki, leżaczki itp) i sklep, w  którym możemy się zaopatrzyć w okulary, rurkę, płetwy. Jeśli nie mamy ochoty wydawać grubo powyżej 100 NIS, a nie przywieźliśmy swojego sprzętu, to możemy skorzystać z wypożyczalni (20 NIS za zestaw). Po przekroczeniu bramek, naszym oczom ukazuje się całkiem przyjemna plaża (domyślam się, że jest mniej przyjemna podczas weekendowego oblężenia), z której w wodę wychodzi kilka pomostów. Otóż pomosty te prowadzą nas nad najbardziej okazałymi fragmentami rafy, pomiędzy którymi pływać nie można. Między pomostami rozciągnięta jest lina odgradzająca nurkujących od tego, co najbardziej chcieliby zobaczyć. Na szczęście, pływając wzdłuż liny nadal można obserwować ten bujny i kolorowy podwodny świat. Sama przestrzeń, w której można pływać nie jest aż taką podwodną pustynią – znajduje się tam trochę mniej okazałych fragmentów rafy, dokoła których gonią się Nemo i Doris tudzież inne barwne rybki. Jeżeli ktoś się boi wody albo nie specjalnie ochoty się zamaczać, to może udać się do podwodnego akwarium znajdującego się na południowym krańcu rezerwatu. W akwarium można obserwować ponad 800 mniej lub bardziej zagrożonych gatunków roślin i ryb.

Problem z rafą jest jednak taki, że w ciągu ostatnich kilkunastu-kilkudziesięciu lat mocno obumarła z powodu zanieczyszczenia wód. Z opowieści tylko słyszałem, że jeszcze na początku tysiąclecia nurkowanie nad rafą naprawdę robiło wrażenie. Marnym pocieszeniem może być, że według badań rafa w Ejlacie nie umiera z powodu globalnego ocieplenia. Cóż, zawsze coś.

Po drodze z centrum miasta do rezerwatu można się również zatrzymać w delfinarium. My się akurat nie zatrzymaliśmy, bo nie do końca przemawia do nas ten rodzaj rozrywki. Ale jeżeli ktoś chciałby zobaczyć – proszę bardzo, coś takiego w Ejlacie jest.

Jednak największe wrażenie zrobiło na mnie jednak to, co nad wodą. Wysoko nad wodą. Góry Ejlatu wyglądają niesamowicie już, gdy dojeżdża się do miasta. Od wschodu zbliżają się jordańskie pasma górskie, a na zachodzie wyrastają te izraelskie, których najwyższy szczyt – Hezekiah – góruje 838 metrów nad poziomem morza. W zależności od pory dnia, z lewej albo z prawej strony możemy oglądać rozpalone, pomarańczowo-rdzawe zbocza gór. Wschody i zachody słońca wyglądają naprawdę przepięknie.

gory IMG_20160219_131323

Ejlat widziany z wysokości ponad 600m.n.p.

Równie przepiękne są widoki z góry, a te można podziwiać z jednego z wielu pieszych szlaków turystycznych, które wiją się pomiędzy szczytami. Warto wcześniej przejrzeć mapy ze szlakami i zaplanować sobie wyjście – można na przykład wziąć taksówkę, która wywiezie nas w góry drogą numer 12, a następnie zejść pieszo do miasta. My zrobiliśmy sobie w górach kilkugodzinny spacer wspinaczkowy i zdobyliśmy drugi najwyższy szczyt w okolicy – Shlomo, 696m.n.p.m.. Widoki po drodze naprawdę zapierają dech w piersi… podobnie jak niektóre fragmenty szlaku prowadzącego na szczyt. Tutaj nie ma chyba specjalnie co więcej pisać, tylko wystarczy spojrzeć na kilka zdjęć.

Jeśli zdecydujecie się wybrać w góry, to koniecznie pamiętajcie o wodzie (im bardziej wakacyjny miesiąc tym więcej – my w lutym na kilka godzin mieliśmy 4 litry na osobę i to była optymalna ilość), wygodnych butach do chodzenia po skałach, okularach przeciwsłonecznych, czymś na głowę i odpowiednio mocnym filtrze na skórze. Serio. Zwłaszcza gdy będziecie w Ejlacie w miesiącach letnich. Aha, no i nie zapominajcie o aparacie fotograficznym!

Jeśli nie macie ochoty na zwiedzanie wyczynowe, to możecie udać się jakieś 30 kilometrów na północ drogą numer 90 do doliny Timna. Znajduje się tam park, na terenie którego znajdują się różnego rodzaju formacje geologiczne oraz wykopaliska archeologiczne – w tej okolicy już na pięćset lat przed Chrystusem wydobywano miedź. Natomiast kilka kilometrów dalej znajduje się atrakcja, która zainteresuję podróżujących z dziećmi – rezerwat zwierząt biblijnych Yotvata Hai-Bar. Z racji braku dzieci tę atrakcję ominęliśmy (argument że każdy facet to dziecko stosuję do siebie tylko w kwestii Legolandu).

No i to by było chyba na tyle o Ejlacie. W skrócie – miasto nudne, rafa była piękniejsza lata temu, ale góry piękne są non stop. I blisko do Jordanii i drogiej Petry.

I obowiązkowa mapka:

Na koniec jeszcze taka mała ciekawostka… pamiętacie taki serial z początku lat ’90 jak Żar Tropików? Zgadnijcie gdzie kręcili drugi sezon… tak, tak… w Ejlacie!

A dla przypomnienia, to w drodze do Ejlatu zabrałem Was także na Czerwone Południe oraz do kraterów, które kraterami nie są.


Więcej jak zawsze na Instagramie i Facebooku

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s