Siedem dni zapominania

Pierwszą wersję tej notki spisałem na początku roku siedząc w jednej z jerozolimskich kawiarni. Niedługo po wydarzeniach, których dotyczy. Z racji, że była to wersja papierowa, nie udało mi się znaleźć chęci do jej szybkiego zdigitalizowania i uzupełnienia. Druga wersja powstawała, gdy dopiero co opadał medialny kurz wokół strzelaniny w telawiwskiej Saronie, a opinia publiczna żyła doniesieniami o makabrycznej strzelaninie w gejowskim klubie w Orlando*. Ostateczna wersja powstaje w dużo bardziej sprzyjających okolicznościach, ale tematycznie bardziej by pasowała do wspomnianych wydarzeń…**

Zrzut ekranu 2016-07-16 o 19.05.11

Ronit Elkabetz w „Sziwa”, reż. Ronit i Shlomi Elkabatz, 2008

… i do ostatniego singla z nowej płyty Brodki – Santa Muerte, który od wielu tygodni za mną chodzi.

Pierwotny zarys notki powstawał, gdy byłem dość świeżo po doświadczeniu pierwszego żydowskiego pogrzebu. Gdy blisko rok temu oglądałem i recenzowałem na blogu biograficzną trylogię Ronit Elkabetz, w tym poświęconą pośrednio żałobie drugą jej część, nie przypuszczałem, że dane mi będzie przekonać się na własnej skórze jak to wygląda.

Abstrahując od samej strefy emocjonalnej, pogrzeb i ta siedmiodniowa żałoba – sziwa – to coś, przynajmniej dla mnie, niezwykle dziwnego (w sensie innego, niecodziennego) ale i interesującego… coś bardzo innego od tego, co znam z polskich pogrzebów i styp.

Przez długi czas, śmierć w judaizmie, w Izraelu, kojarzyła mi się z rozlewającym się na zboczu Góry Oliwnej cmentarzu. Miejscu, które wydaje się być wręcz nieskoczonymi rzędami prostych, podobnych do siebie kamiennych nagrobków w kolorze piasku. Ewentualnie, w ostatnim czasie mniej, z nierzadko opuszczonymi i zaniedbanymi kirkutami rozsianymi po Polsce. Tak czy siak, to jak wygląda cmentarz nie jest w stanie powiedzieć zbyt wiele o tym, jak wyglądają tradycje pochówku, ani tym bardziej jak wygląda żałoba…

Wspomniana wcześniej „Sziwa rodzeństwa Elkabetzów sprawiła, że zacząłem zadawać więcej pytań. Mimo że przedstawiona w filmie żałoba była jedynie tłem dla wydarzeń, to wydawała mi się momentami bardziej interesująca niż główny wątek fabularny. I faktycznie, gdy parę miesięcy później przyszło mi uczestniczyć w sziwie, podchodziłem do tego trochę bardziej poznawczo niż emocjonalnie. Oczywiście, gdyby tragedia utraty bliskiej osoby dotknęła mnie bezpośrednio, to na pewno nie patrzyłbym na to wszystko w taki „poznawczy” sposób.

Pierwszą rzeczą, która mnie zdziwiła, może nawet trochę zszokowała, był sam pogrzeb. Zgodnie z tradycją żydowską, pochówek musi odbyć się jak najszybciej od momentu śmierci, nawet i tego samego dnia. Bardzo rzadko zdarza się, że do pogrzebu dochodzi później niż po 72 godzinach od śmierci. Nad przygotowaniem ciała czuwa specjalna grupa ludzi – chevra kadisha – których zadaniem jest rytualne oczyszczenie, umycie i odzienie zmarłego w lniany całun. Judaizm zakazuje kremacji ciała, która traktowana jest jako zbezczeszczenie zwłok. Spacerując kiedyś po żydowskim kwartale starego miasta w Jerozolimie, natrafiłem na spisany po angielsku paszkwil, w którym autor nawołuje do modlitwy za wymienioną z imienia i nazwiska kobietę, która zdecydowała skremować ciało swojego zmarłego męża.

Równie niepopularne, co kremacja, są… trumny. Te akurat nie są kompletnie zakazane – proste drewniane trumny są dopuszczone chociażby w diasporach, gdzie prawo stanowione nie zezwala na bezpośredni pochówek ciała w ziemi. W Izraelu, z tego co wiem, z trumien korzysta się wyłącznie w przypadku pochówku żołnierzy lub ważnych osobistości. Tradycyjnie jednak ciało owinięte w całun składa się bezpośrednio w ziemi. Dla mnie był to widok dość szokujący…

IMG_20151216_122952

Żydowski cmentarz w Izraelu

Po wyprowadzeniu ciała z pomieszczenia, w którym było przygotowywane, i po odmówieniu krótkiej modlitwy, kondukt żałobny skierował się w stronę wykopanego grobu. Tam, na oczach wszystkich żałobników, członkowie chevra kadisha powoli zaczęli ześlizgiwać zwłoki do grobu. Dla kogoś przyzwyczajonego do widoku trumny opuszczanej w dół, widok owiniętego płótnem ciała jest w pewien sposób poruszający. Po ułożeniu ciała w ziemi (co nie jest zawsze łatwe, ponieważ groby są dość krótkie) bliscy przysypują je garściami ziemi, po czym (mężczyźni) łapią za łopaty i sami zasypują grób.

W międzyczasie najbliżsi krewni zmarłego są „znaczeni” – nacina się lub rozdziera ich ubranie, w zależności od pokrewieństwa ze zmarłym, po lewej (rodzice) lub po prawej (małżonkowie, dzieci, rodzeństwo) stronie. Mniej ortodoksyjne rodziny nacinają przypiętą do ubrania czarną wstążkę. Ten symbol żałoby należy nosić przez kolejne siedem dni…

… siedem dni właśnie trwa pierwszy okres żałoby, czyli właśnie sziwa. Jest to czas, w którym bliscy zmarłego spotykają się, jeśli to możliwe, w mieszkaniu zmarłego lub u któregoś z najbliższych. Zgodnie z tradycją, jest to czas, kiedy żałobnicy nie powinni pracować, zmieniać ubrania (jeśli muszą, na przykład z powodu pracy, to muszą pamiętać o przypięciu naciętej wstążki lub o nacięciu samego ubioru), nie powinni oddawać się żadnym czynnościom dla przyjemności – w tym kąpielom czy ciepłym prysznicom (można pojedynczo obmywać części ciała w zimnej wodzie) – nie powinno się też golić, obcinać paznokci; zakazane jest uprawianie seksu i noszenie skórzanych butów. Powinno się również zasłonić wszystkie lustra w domu i spędzić ten pierwszy tydzień żałoby siedząc na niskich stołkach albo nawet na podłodze.

IMG_20160613_123555

Żydowska klepsydra z informacją o pogrzebie i o następującej po niej sziwie

W ciągu tych siedmiu dni, dom w którym odbywa się sziwa, staje się domem otwartym dla wszystkich, którzy chcą przyjść i wyrazić swój smutek. Goście powinni jednak przestrzegać kilku zasad – między innymi nie powinni się witać z żałobnikami i nie powinni sami rozpoczynać rozmowy. Odwiedzenie żałobników traktowane jest jako spełnienie micwy, podobnie jak przygotowanie dla nich posiłku.

Teoretycznie w czasie sziwy domem zajmują się znajomi i niepogrążona w żałobie rodzina – sami żałobnicy nie powinni zajmować się chociażbym przygotowywaniem i podawaniem jedzenia. Tutaj też pojawia się różnica pomiędzy Sefardyjczykami a Aszkenazyjczykami – pierwsi uważają, że błogosławienie posiłku „unosi” duszę zmarłego, dlatego też powinno się spożywać posiłki, podczas gdy w domu drugich podaje się często tylko lekkie śniadanie. Wiele zależy od tradycji kultywowanych w danej rodzinie; można tutaj chociażby wspomnieć scenę z filmu Elkabetzów, w której jeden z żałobników irytuje się, że w podawanym jedzeniu jest mięso, co nie powinno mieć miejsca według jego tradycji.

Tutaj taka ciekawostka – wiele działających w Izraelu firm w ramach oferowanych świadczeń socjalnych ma także pomoc przy organizacji sziwy. Izraelska korporacja – tutejszy odpowiednik Unilevera czy innego P&G – w której pracuje jeden z żałobników w ramach pakietu zaopatrzyła dom w wystarczającą ilość napojów, ciast, nabiału, hummusu, ryżu, makaronu i przekąsek. Firma innego żałobnika zapewniła zapas jednorazowych naczyń, kawy, herbaty oraz zaoferowała wypożyczenie stołów i krzeseł. Nawet mój partner się zdziwił, że firmy coś takiego oferują. Podzielił się swoimi spostrzeżeniami w swoim biurze, a w odpowiedzi usłyszał, że przecież jego firma – branża IT – też pomaga swoim pracownikom w czasie sziwy.

W trakcie tych siedmiu dni rodzina powinna być pogrążona w żałobie, w smutku. Ten tydzień powinien być czasem wspominania zmarłego i radzenia sobie z jego czy jej utratą. Przykazania i tradycje to jedno, a rzeczywistość to co innego. W ciągu siedmiu dni odwiedziliśmy rodzinę kilkukrotnie, prawie codziennie. Dom właściwie zawsze był pełny, co chwilę ktoś wchodził, ktoś inny wychodził. Pomagał każdy, kto akurat był w pobliżu – czy to w kuchni, żeby coś przygotować, czy posprzątać ze stołu albo zostać wieczorem dłużej i posprzątać. Bliższa i dalsza rodzina, znajomi, sąsiedzi. Możecie sobie tylko wyobrazić jak to musi wyglądać w przypadku rodziny, w której do świątecznego stołu zasiada zazwyczaj 40-50 osób.

Ale i tak, z tego co zauważyłem, najgorsze przychodzi dopiero ósmego dnia. Gdy skończy się sziwa, gdy rodzina i znajomi wrócą do swoich domów, gdy z drzwi można zdjąć klepsydrę i informację o odbywającej się sziwie. Gdy teoretycznie życie ma wrócić do swojego normalnego trybu… Wtedy właśnie ta rzeczywistość pozbawiona bliskiej osoby zaczyna najbardziej doskwierać…

Te siedem dni to jednak nie koniec żałoby – po nich następuje drugi, trochę łagodniejszy okres – szloszim, czyli „trzydzieści”. Jak nie trudno się domyślić, trwa on do 30go dnia po pochówku. W tym okresie wciąż obowiązuje zakaz golenia i strzyżenia, brania kąpieli dla przyjemności czy brania udziału w spotkaniach towarzyskich. Zazwyczaj na zakończenie szloszim rodzina spotyka się nad grobem i odsłania nagrobek. Kolejne jedenaście miesięcy trwa szneim asar chodesz – „dwanaście miesięcy”, czyli trzeci okres żałoby, zwyczajowo obchodzony przez dzieci zmarłego. W tym czasie należy się wstrzymać od brania udziału w spotkaniach towarzyskich, czy korzystania z rozrywek. Codziennie powinno odmawiać się także kadisz za zmarłego.

Kadisz, czyli modlitwa odmawiana za zmarłego, jest również nieodłącznym elementem całego okresu żałoby, począwszy od sziwy. Co interesujące, kadisz nie traktuje o śmierci, nie mówi o utracie bliskiego, o żałobie. Kadisz to modlitwa wychwalająca Boga i odwołująca się do jego wspaniałości. Chodzi o to, aby człowiek w chwili słabości, w trudnym okresie po utracie kogoś bliskiego, nie stracił wiary, nie odszedł od Boga, tylko skupiał się na Nim.

Przy okazji Dnia Wszystkich Świętych wspomniałem na Facebooku również o tym, że tutaj nie ma odpowiednika 1go listopada. Przynajmniej nie w formie kolektywnego wspominania wszystkich zmarłych w jeden określony dzień roku. Zgodnie z tutejszą tradycją, grób powinno odwiedzać się przynajmniej raz do roku, w tak zwany jarcajt, czyli rocznicę śmierci. Licząc oczywiście według kalendarza żydowskiego. Pamiętać jednak powinno się ciągle.

Cóż… pogrzeb bliskiej osoby i sziwa po niej to coś, czego nikomu nie życzę. Nie jest to w żaden sposób sytuacja, której chce się doświadczyć. Niemniej jednak było to coś… po prostu interesującego. Ale raz wystarczy.

* w szkicu notki była tutaj jeszcze wzmianka o tym, jak bardzo różnił się dyskurs o tej tragedii prowadzony w Polsce od tego prowadzonego za oceanem i o tym jak to rycerze ortalionu troszczą się o mniejszości seksualne
** nie chwal dnia przed zachodem słońca… Nicea. I Turcja.

Facebook || Instagram

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s