Dalej na południe się już nie da

Marzec to nie jest miesiąc sprzyjający pisaniu notek. No jakoś nie, nie da rady. Całkiem możliwe, że przyczynia się do temu wciąż trwający research do notki o izraelskich piwach (już wkrótce na blogu). Wypadałoby jednak jakąś notkę stworzyć wcześniej. Myślałem, żeby przełamać „turystyczne” notki czymś bardziej hmm… „światopoglądowym”, ale nie. Cytując klasyka – kończ waść, wstydu oszczędź i napisz w końcu o tym całym Ejlacie.

No to będzie o Ejlacie.

Boredom all inclusive

A post shared by Matt (@matt_franckey) on

Czytaj dalej

Kratery i kolorowe piaski pustyni

Czerwone Południe, od którego zacząłem mini-cykl o drodze na południe, aż do Ejlatu, to jedna z atrakcji turystycznych, która czeka na zmotoryzowanych podróżnych. Jedynym problemem tegoż kolorowego festiwalu jest jego bardzo ograniczona tymczasowość.

Są jednak miejsca, które jadąc nad Morze Czerwone, można odwiedzać przez cały rok. Latem trzeba tylko pamiętać o odpowiednim zapasie wody. Pustynia to jednak pustynia. A na pustyni są kratery.

On the road

A post shared by Matt (@matt_franckey) on

Czytaj dalej

Czerwone Południe

Ejlat to najdalej na południe położone miasto w Izraelu. Można się doń dostać drogą lądową – korzystając z połączeń autobusowych z Tel Awiwem czy Jerozolimą lub samochodem, albo samolotem na jedno z dwóch lotnisk. My z Lubym postawiliśmy jednak na samochód.

Jednym z powodów dla których wybraliśmy pokonanie ponad 300km autem była… pustynia, przez którą trzeba przejechać, aby do Ejlatu się dostać. Daleko zarówno Pustyni Judzkiej jak i Pustyni Negew do takiej Sahary i naszych europejskich wyobrażeń o tym jak pustynia powinna wyglądać. Poza tym, pustynia wcale nie oznacza turystycznej pustki. Zwłaszcza w lutym.

Dlatego dzisiaj opowiem Wam o pewnym zjawisku-festiwalu, który można zaobserwować kierując się samochodem do Ejlatu.   Czytaj dalej